„Queer” to projekt, na który czekałem od bardzo dawna. Już od pierwszych zapowiedzi zaintrygowała mnie wizja queerowego romansu z Danielem Craigiem w roli głównej – jest to jeden z tych aktorów, który zdaje się, że mogą zagrać naprawdę wszystko, co zresztą Brytyjczyk udowodnił już swoją kreacją w serii „Na noże”, gdy po zrzuceniu garnituru Bonda przywdział szaty współczesnego Herkulesa Poirota. Luca Guadagnino (pracujący w przypadku „Queer” po raz kolejny z Justinem Kuritzksem, scenarzystą „Challengers”) zapowiedział przed premierą w Wenecji, że najnowsza produkcja to jednocześnie najbardziej osobisty film w jego dotychczasowej karierze – i wtedy już tym bardziej wiedziałem, że obraz ten nie może umknąć mojej uwadze. Szczególnie że, jak wiecie lub nie, śledzę filmografię tego reżysera bardzo uważnie, a wspomniane „Challengers” znalazło się bardzo wysoko na mojej osobistej liście najlepszych filmów minionego roku. Co prawda w Polsce trochę nam przyjdzie na „Queer” jeszcze poczekać – oficjalna premiera zaplanowana jest na 21 marca – lecz w wybranych kinach w całej Polsce rozpoczęły się już pokazy przedpremierowe, gdyż dystrybutor, Gutek Film, zdecydował się powiązać premierę z nadchodzącym Świętem Zakochanych. Czy to dobry pomysł? Cóż, w „Queer” co prawda przejawia się seks i pragnienie bliskości, lecz jest to obraz w swojej wrażliwości tak przejmujący, że ciężko polecić mi go jako dobry wybór walentynkowy. Chyba, że w ramach gry wstępnej macie ochotę zafundować sobie seans, który może podważyć wasze poczucie własnej cielesności.
Wyznania meksykańskiego opiumisty
Bazą do scenariusza „Queer” jest nowela Williama S. Burroughsa pod tym samym tytułem. Autor z pokolenia bitników przedstawia w niej historię Williama Lee (Daniel Craig), amerykańskiego ekspaty oddającego się hedonizmowi w Meksyku lat 50. Lee, którego wieczory upływają na używkach i przygodnym seksie, zmienia jednak swoją rutynę, gdy poznaje Allertona (Drew Starkey). Młodszy mężczyzna szybko staje się obiektem westchnień Williama, raz za razem dotrzymując mu towarzystwa przy nocnych, alkoholowych eskapadach. Relacja bohaterów szybko zacznie nabierać jednak coraz bardziej zażyłego charakteru, co doprowadzi Lee do coraz głębszych rozważań nad naturą i ukierunkowaniem własnych, wszechogarniających, ale i niezwykle skomplikowanych uczuć.

Od pierwszych scen czuć, że Guadagnino bardzo wygodnie czuje się w estetyce literackiego modernizmu, którą zaczerpnął z książkowego pierwowzoru. Reżyserowany przez niego Craig snuje się od kąta do kąta, kadry raz za razem wypełniają się tytoniowym dymem, a całość okraszona jest bardzo charakterystyczną ścieżką dźwiękową. Mieszają się tu bowiem bardzo klasyczne aranżacje, do stworzenia których Guadagnino już po raz trzeci zaprosił duet Trenta Reznora i Atticusa Rossa (którzy to, oprócz „Challengers”, pracowali również nad udźwiękowieniem „Do ostatniej kości”) oraz bardzo nietuzinkowy repertuar, jeśli chodzi o użyte utwory innych artystów. Nie zdziwcie się, jeśli Lee przygasi peta do melodii z „Come As You Are” Nirvany, a ważną scenę zakończą dźwięki gitary z „Leave me Alone” New Order. Choć pozornie mogłoby się zdawać, że piosenki te nijak mają się do czasów, o których „Queer” opowiada, reżyserowi za ich sprawą udaje się interesująco oddać na ekranie tę ulotną atmosferę buntu, która staje gdzieś pomiędzy bitnikami, a estetykę tumblra. Pewne jest jednak, że narracja wizualna wizualna tego typu nie każdemu przypadnie do gustu. Mieszanka spokojnych i bardziej dynamicznych dźwięków sprawia, że muzyka całościowo jest żywa i nadaje obrazowi sporo dynamizmu – nawet, jeśli sama narracja snuje się w montażu znacznie wolniej, niż w ostatnim czasie zdążył nas Luca przyzwyczaić.
W okowach własnego ciała
Zresztą największym problemem tego filmu, który jednocześnie w dużej mierze składa się na jego esencjonalność, jest właśnie nadmierne przełożenie wspomnianej, typowej dla modernistycznych powieści narracji na potrzeby kinowego obrazu. „Queer” w swojej pierwszej połowie jest przez to dość afabularny, co faktycznie może przypominać co lepsze fragmenty z, dajmy na to, „Wyznań angielskiego opiumisty”, co nie zawsze dobrze sprawdza się na kinowym ekranie. Mamy tu do czynienia z klasycznym filmem wyraźnie ciągniętym przez jednego aktora, którego postać kamera śledzi na każdym kroku i przez której pryzmat spoglądamy na całość świata przedstawionego. Drew Storkey czy nawet epizodyczny Jason Schwartzman wypadają dobrze, ale „Queer” to niekwestionowany koncert umiejętności Daniela Craiga. Aktor wkłada bardzo dużo wysiłku, by oddać na ekranie jednocześnie nonszalancję oraz ból istnienia Lee, i efekt jest naprawdę piorunujący. Cieszy, że rola ta spotkała się z tak dużym uznaniem krytyki w tym sezonie, bo Brytyjczyk po raz kolejny udowodnił, że nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Sceny, które bardzo łatwo mogłyby się wyłożyć przez swój pretensjonalny charakter – dotyczące przede wszystkim zobrazowaniu stanu psychicznego czy ukrytych, przybierających postać abstrakcyjnych snów lęków bohatera – są dzięki Craigowi wzniesione na wyżyny, doskonale oddając aurę zagubienia bohatera we własnym, zagmatwanym istnieniu. Lee często przejawia zaburzenia dysocjacyjne i zdaje się błądzić we mgle rzeczywistości, co sam aktor i operator kamery uchwytują niemal bezbłędnie. W ten sposób „Queer” idzie w przedstawieniu tego typu bohaterów, naturalnie, nieco dalej, niż powieści – archetyp Wertera czy Quinceya zostaje przez Lukę bardzo ciekawie ucieleśniony, a Craig zdaje się doskonale odnajdywać w tego typu kreacji. To bohater zniewolony nie tylko przez obrany tryb życia, ale również własne ciało, którego okowy raz za razem dają o sobie znać.
Druga połowa, wyraźnie odmienna, jeszcze bardziej stawia na narrację wizualną. Pojawia się więcej scen służących za alegorie i metafory, co zostaje naturalnie połączone przez nadużywanie opium czy sięgnięcie po nowe używki. Używki, które nie mają na celu eskapizm, a wręcz przeciwne – głębsze poznanie własnej duszy i połączonej z niej tożsamości. Historia tym samym w bardzo literacki sposób porusza takie tematy, jak niepewność istnienia, nuda metafizyczna czy – przede wszystkim – desperacką, niedającą się zagłuszyć samotność. Pozornie jest to ubrane oczywiście w szaty gejowskiego romansu, ale nie dajcie się zwieść – już w „Challengers” czy „Tamtych dniach, tamtych nocach” więcej było erotycznego napięcia. „Queer” oczywiście w żadnym stopniu nie ucieka od sugestywnych scen, lecz jest to film znacznie bardziej spokojny i refleksyjny, niż można by się spodziewać po niektórych zapowiedziach. Scenariusz Justina Kuritzkesa jest w tym wszystkim dość mało precyzyjny, oferując zaledwie szuflady zagadnień, które następnie w często niekonwencjonalny i surrealistyczny sposób inscenizuje sam Guadagnino. I wychodzi mu to dość dobrze, momentami wręcz wybitnie – im bliżej końca, tym łatwiej jest nam dać się przekonać proponowanej wizji. Druga połowa „Queer” i samo zakończenie zawierają jedne z najlepiej wyreżyserowanych dotychczas sekwencji w dorobku tego reżysera, w których faktycznie czuć czułość i osobisty charakter. I ciężko ich nie docenić, nawet jeśli dotarcie do nich przypłaciliśmy kilkoma dłużyznami.
Jak na film dopracowany w tak wielu kwestiach, dosyć zaskakujące były dla mnie momentami widoczne zaniedbania w scenografii. „Queer” w znacznej większości kręcony był we włoskim Cinecittà Studios, i jest to w kilku scenach bardzo mocno odczuwalne – szczególnie w pierwszej połowie, kiedy bohaterowie przemierzają ulice Meksyku. Niestety, przez spore pustki w stażystach i małe zabudowanie przestrzeni czuć, że mamy do czynienia z atrapą, a nie zdjęciami na lokacji – co samo w sobie oczywiście nie jest niczym zaskakującym, ale w tym konkretnym przypadku, być może przez pracę kamery, jak nigdy rzucało mi się to w oczy. Tego typu niedoróbki szybko tracą jednak na znaczeniu, bo w ogólnym rozrachunku „Queer” to kino bardzo żywe i coś, co zdecydowanie warto doświadczyć na jak największym ekranie. Luca Guadagnino po raz kolejni nie chybi, a jego najnowsza produkcja to kolejny, warty uwagi w dorobku tego reżysera diament – nawet, jeśli momentami zdaje się nieco niedoszlifowany. Daniel Craig doskonale odnajduje się w jednej z najtrudniejszych ról w swojej dotychczasowej karierze i choćby z tego powodu warto się na „Queer” wybrać. Choć wszyscy miłośnicy wrażliwości tego reżysera, podobnie jak ja, z pewnością nie będą potrzebowali dodatkowej zachęty, aby 21 marca tłumnie wyruszyć do najbliższego kina i po raz kolejny zanurzyć się w tych kadrach pełnych tytoniowego dymu i niewykrzyczanego krzyku.
Ocena: 8/10
Zobacz również: „The Brutalist”. Drapieżcze kły amerykańskiego snu [RECENZJA]
[…] Zobacz również: „Queer”. W okowach własnego ciała [RECENZJA] […]