Obława „Redwall” na polskim rynku wydawniczym trwa. Po „Bitwie o Rudy Mur”, „Krainie Mchu i Kwiatu” oraz „Mattimeo” przyszedł czas na czwarty tom, zatytułowany „Mariel Nieposkromiona”. Jak to już w tej serii bywa, choć fabuła nawiązuje do ustanowionych już przez Briana Jacquesa mitologii i wydarzeń, mamy tu w gruncie rzeczy do czynienia z zupełnie nową opowieścią, stojącą względem poprzedniczek w dużej mierze na własnych nogach. Mimo tego, nie zalecałbym zaczynać swojej przygody z „Redwall” właśnie od „Mariel”. Po pierwsze dlatego, że warto mieć za sobą lekturę chociażby drugiego tomu, aby dobrze orientować się w geograficznym podziale świata przedstawionego (to właśnie tam razem z Marcinem, Dynkiem i Gwizdonem czytelnicy mogli po raz pierwszy zwiedzić Salamandastron, który również tu odgrywa istotną rolę), a po drugie – cóż, po prostu nie jest to zbyt udana odsłona mysiego cyklu. Autor pomysłowo rozwija lore i geograficzne ramy swojego świata, lecz „Mariel Nieposkromiona” – podobnie jak jej poprzednik, „Mattimeo” – rozczarowuje małą angażującą przygodą i zbyt dużym skupieniem na wtórnych potyczkach.
Ahoj, szczurze lądowy!
Główną bohaterką książki jest tytułowa Mariel – młoda myszka, która podczas rejsu statkiem wraz ze swoim ojcem, Józefem Ludwisarzem, wpada w łapy groźnych szczurów morskich dowodzonych przez szaleńczego Gabula Dzikiego. Gabul – brodaty, chciwy pirat – stopniowo popada w coraz głębszy obłęd i obsesję na punkcie swojego najnowszego łupu, tajemniczego Dzwona, który, jak wierzy, doprowadzi go do obfitego skarbu. Nie bacząc na nic na swojej drodze w perspektywie zdobycia bogactwa, Gabul zabija całą załogę Ludwisarza, a jego zbuntowaną córkę skazuje na niemalże pewną śmierć. Bohaterka, cudem wyrzucona przez fale na brzeg obcej krainy, znajduje schronienie w Opactwie Rudego Muru; nie potrafi jednak przypomnieć sobie, kim jest i jak się tam znalazła. Gdy stopniowo odkrywa prawdę o sobie, poprzysięga zemstę na Gabulu i wyrusza w stronę pirackiej twierdzy na wyspie Terramort w towarzystwie nowych przyjaciół: zająca poety Tarkwina, wesołego jeżyka Durcia i wojownika Dandyna. W tym samym czasie załoga Gabula coraz śmielej panoszy się po otaczającym kontynent morzu – nie każdemu jednak są w smak ostatnie poczynania obłąkanego władcy…
Wielość perspektyw
„Mariel Nieposkromiona” w zasadzie kontynuuje baśniową formułę swoich poprzedniczek. Całość zaczyna się od przedstawienia nowego przeciwnika, po czym stopniowo zaznajamiamy się z tytułową bohaterką i jej motywacjami. I muszę przyznać, że pierwsza księga (całość składa się z trzech, zachowujących klasyczny schemat początku, rozwinięcia i zakończenia) w obiecujący sposób zbudowała podstawy pod nową przygodę w tym świecie. Motyw Mariel, obcej dla Rudego Muru myszki, która zapomniała swojej tożsamości, zdawał się oferować spory potencjał fabularny – tym bardziej, że po raz pierwszy w dotychczasowej historii tej serii Brian centralną postacią uczynił myszkę płci żeńskiej. Dynamika Mariel, początkowo każącej nazywać się „Mewogrzmotką”, z bohaterami z dobrze znanego nam Rudego Muru wypada zabawnie i wnosi do serii coś świeżego, przez co pierwsze sto stron czyta się naprawdę dobrze. Mariel jest niesforna i pełna temperamentu – brak w niej typowej dla opactwa ogłady i żarłoczności; to wojowniczka, która nie może zbyt długo siedzieć w jednym miejscu. A gdy dodamy do tego perspektywę morskiej wyprawy w nieznane jeszcze czytelnikowi krańce redwallowej mapy, czyli Terramort… nie ukrywam, punkt wyjścia wzbudził we mnie podobne gorące emocje, co początek drugiego tomu, gdy bohaterowie po raz pierwszy wybierali się na teren egzotycznego Salamandastronu. Intrygujące są również pierwsze rozdziały z perspektywy szczurów morskich – choć to wrogowie dla dobrze nam znanych postaci, ich rola nie ogranicza się wyłącznie do ślepego wykonywania rozkazów głównego „złola”. W szeregach piratów szybko dochodzi bowiem do buntu, na którego czele staje Siwuch, jeden z najstarszych szczurów morskich floty Gabula. Podczas gdy więc Mariel razem z paczką zmierzać będzie do obłąkańczego władcy w celu zemsty, Siwuch w tym samym czasie wyruszy w stronę Rudego Muru, szykując się do ataku i jednocześnie samemu, razem z innymi dezerterami, zbiegając przed wysłannikami dawnego szefa. Schemat baśniowy zostaje tym samym dosyć mocno zaburzony, a rozmach powieści – zwiększony. Lecz czy całościowo wychodzi to książce na dobre?
Zatracony duch przygody
Cóż… Tu zaczynają się schody. „Mariel Nieposkromiona”, z racji bycia już czwartym tomem serii z dobrze ustanowionym światem i sprawnie poruszającym się w nim autorem, jest powieścią dosyć obszerną i rozbudowaną. Jak na Jacquesa przystało, dużo tu gier słownych, opisów (w tym przede wszystkim zmyślnych potraw) i cała masa nowych i znanych bohaterów. Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że zasadnicza treść najnowszej odsłony „Redwall” to, tak zwana, fabularna wata. Mariel, z początku intrygująca, gdy tylko odzyskuje pamięć szybko staje się bardzo generyczną bohaterką, bez wyraźnych różnic od chłopięcych protagonistów poprzednich tomów. Bohaterka w zasadzie nie przechodzi żadnej drogi, a jej osobista historia nie dobija do satysfakcjonującego zakończenia, przez co trudno, by zapisała się mocniej w pamięci. Jej drużyna zaś to już po raz kolejny powtórzenie schematu serii, który już w „Mattimeo” raził mnie sporą wtórnością. Ot, mamy wesołka, bardziej konkretnego wojownika i marzyciela, których dynamika (polegająca głównie na wzajemnym przekomarzaniu się) jest po prostu powtarzalna. Mimo tego, wyprawa Mariel całościowo podobała mi się w tomie najbardziej – w poświęconych drużynie rozdziałach najbardziej czuć ducha nowej przygody, który tak charakteryzował pierwsze tomy „Redwall”. Może ich perypetie nie są tym razem tak pomysłowe i zaskakujące, jak wcześniej, ale wciąż polegają na ciekawości świata przedstawionego, interakcji z nieoczywistymi mieszkańcami Mchukwiatu czy rozwiązywaniu prostych zagadek. Znacznie mniej angażująco jest jednak w innych wątkach, obszernością dominujących nad centralną bohaterką.
Klasycznie dla serii, gdy ktoś z Rudego Muru wyrusza, ktoś inny szykuje się do jego ataku, co w „Mariel” urzeczywistnia się wątkiem Siwucha. Autor próbuje go nieco zdynamizować – jak wspomniałem wyżej, to w zasadzie antybohater, który jednocześnie ucieka od innych, wrogo nastawionych mu szczurów – lecz całość i tak sprowadza się wyłącznie do eskalacji dosyć prostej, powtarzalnej przemocy. Albo szczury walczą między sobą, albo z mieszkańcami lasu; brak tu jakiejkolwiek innej głębi i przełamania schematu. Dodajmy do tego również wątek samego Opactwa, który pozwala nam spojrzeć na mieszkańców muru pod nieobecność Mariel, i… otrzymujemy bardzo rozwodnioną, mało spójną całość. Gdy w jednym momencie czytamy, jak centralne postaci rozwiązują całkiem zagadkę, a w drugim przenosimy się do mało angażujących, obyczajowych perypetii niesfornych, sepleniących urwisów, których mieszkańcy Rudego Muru za wszelką cenę próbują upilnować, ciężko utrzymać motywację, by zagłębiać się dalej w lekturę. Tym bardziej, że każdy z wątków zmierza tak naprawdę do jednego – ostatecznej potyczki, rozgrywającej się jednocześnie w kilku miejscach kontynentu.
Autorowi nie udało się tym razem jednak zachować odpowiednich proporcji, aby te starcia faktycznie budziły większe emocje. Coś niecoś próbowano tu opowiedzieć m.in. o niewolnictwie na przykładzie praktyk wrogich szczurów, ale w zasadzie nie wyszło to nic ponad to, co już przedstawiono za sprawą wątku lisów w „Mattimeo”. Ostatecznie „Mariel Nieposkromiona” to nieźle napisana, ale sztucznie przedłużana wydmuszka, której zasadniczą treść dałoby się opowiedzieć w formie prostego opowiadania, aniżeli pełnej powieści. Konkluzja ta jest tym bardziej bolesna, że sam początek obiecywał znacznie więcej. Najwięksi fani z pewnością docenią rozszerzenie swojego ulubionego świata i kilka fabularnych pomysłów, to jednak zdecydowanie za mało, bym mógł czwarty tom z czystym sumieniem polecić. Formuła ewidentnie nieco się wyczerpuje i mam nadzieję, że w kolejnych tomach Brian Jacques wróci ponownie do tego, co tak podobało mi się na samym początku – czyli dużym skupieniu na głównej przygodzie, bez niepotrzebnego hałasu w wątkach towarzyszących. Bogactwo świata „Redwall” zasługuje na znacznie więcej, niż ciągłe odtwarzanie tych samych schematów i bezpłciowych głównych bohaterów, którym zdecydowanie daleko do owianego już legendą Marcina Wojownika. Jasne, ktoś może mi powiedzieć, że zbytnio się czepiam książek przeznaczonych przede wszystkim dla dzieci, lecz jeśli są wśród Was takie głosy, zachęcam do nadrobienia dwóch pierwszych tomów – idealnie pokazują one, że możemy (i powinniśmy) od „Redwall” oczekiwać znacznie więcej.

Książkę do recenzji otrzymaliśmy od wydawnictwa Nowa Baśń, za co serdecznie dziękujemy.
Przeczytaj również: „Gry, których nie było”. Upadek idei, czyli wysypisko gamedevu [RECENZJA]