Gdy dowiedziałem się, że wydawnictwo W.A.B. wydaje na naszym rynku kolejną już powieść Elfriede Jelinek, od razu byłem zainteresowany jej lekturą. Austriacka noblistka zdążyła już bowiem zaimponować mi świetną „Pianistką” czy równie wymagającymi, co prowokującymi „Danymi odosobowymi”, dlatego też „Amatorki” nie mogły umknąć mojej uwadze. Tym bardziej, że choć to już trzecia z rzędu książka Jelinek w moich zbiorach, chronologicznie została wydana najwcześniej – pierwsze wydanie powieści „Amatorek” (oryginalnie zwanych “Die Liebhaberinnen”) przypada na 1975 rok. To niemal dekadę wcześniej przed „Pianistką” (1983) i prawie ćwierwiecze przed „Danymi…”. Najnowsza powieść Jelinek stwarza tym samym wyjątkową okazję zapoznania się z wczesnym etapem twórczości autorki, gdy jeszcze formował się jej charakterystyczny, językowy styl. Jednocześnie to bardzo przewrotne spojrzenie na popularne w tamtym czasie „powieści ojczyźniane”, z których konwencji Jelinek korzysta – jak to ma w zwyczaju – nie tylko w celu wyśmiania społecznych absurdów, ale również zabrania głosu ws. niełatwej roli kobiet w tworzeniu domowego ogniska. A wszystko to na tle alpejskiej wioski z początku lat 80., choć raczej nie spodziewajcie się tu zbyt wielu opisów przyrody.
Głównymi bohaterkami powieści są dwie młode kobiety – Briggite i Paula. Pierwsza z nich to pracownica okolicznej fabryki produkującej damską bieliznę, druga – nastolatka aspirująca do zawodu krawcowej. Obie marzą o miłości, lecz w zgoła odmienny sposób. Briggite dąży do wygody wynikającej z małżeńskiej stabilizacji; oczami wyobraźni widzi już wszystkie plusy statusu utrzymanki, takie jak własnoręcznie urządzony dom, pełny portfel i brak konieczności kontynuowania pracy. Paula, jako idealistka, marzy zaś przede wszystkim o wzniosłej miłości – takiej, która uskrzydli jej egzystencję i nada sens dotychczasowemu, zaledwie 15-letniemu życiu. Kobiety nie cofną się przed niczym, by dopiąć swego, lecz to, co przede wszystkim stanie im na przeszkodzie, to wybrankowie ich serc – obcesowy, zapracowany i lekko maminsynkowaty Heinz oraz kochający nader wszystko alkohol i motoryzację Enrich.
To właśnie (współ)zależności między sytuacjami życiowymi bohaterek stają się fasadą narracyjną „Amatorek”. Co więcej – skupienie autorki pada na tu i teraz, bez zbędnego rozwijania literackiego tła. Jelinek, jak to ma w zwyczaju, zupełnie rezygnuje z powieściowych konwenansów, w tym z zasad interpunkcji czy składni. Całość dzieli się na broszurkowe rozdziały skupione wycinkach z życia Briggite i Pauli, w których narrator wszechwiedzący referuje ich losy przed czytelnikiem. Nie robi tego jednak, jak moglibyśmy się spodziewać, w sposób cierpliwy i uporządkowany, a gorączkowy. Wyłuskuje ważne fakty i wydarzenia z ich kolei losowych, starając się spiąć całość jakąkolwiek chronologią i nie ulegać pokusie dygresji. A jaki jest efekt końcowy – cóż, możecie zgadywać. Lektura jest przy tym chaotyczna, i to zarówno w formie – żadne zdanie nie rozpoczyna się od dużych liter, toteż nawet imiona bohaterek są ich pozbawione – jak i samej treści. „Amatorkom” zresztą bliżej do pamfletu, niż powieści; czy wręcz metapamfletu, który wyśmiewa nie tylko własną konwencję, ale również świat, który tę konwencję wypracował. I szybko orientujemy się, że nie chodzi tu tylko o wspomnianą próbę parodii powieści ojczyźnianych. To dla Jelinek zaledwie pretekst, aby w niebanalny i prowokujący sposób opowiedzieć o społecznych mechanizmach instytucji małżeństwa, ze szczególnym wskazaniem na szkodliwość płciowej podległości kobiet wobec mężczyzn.
Doskonale ilustrują to losy głównych bohaterek. Choć początkowo zdają się być zgoła odmienne, szybko zaczynają przypominać wektory przeciwne – niby zwrócone w dwie różne strony, ale współdzielące ten sam kierunek. Briggite marzy o wygodnym życiu, który pozwoli jej zrezygnować z uwłaczającej, służalczej pracy (nie bez znaczenia jest, że pracuje ona właśnie w fabryce biustonoszy; odzieży niejako symbolizującej cielesną krępację kobiet). Aby zrealizować ten cel, konieczne jest uwiedzenie i zatrzymanie przy sobie Heinza, obiecującego karierowicza, którego ambicje nie sięgają ponad zjedzenie dobrej kolacji i zaspokojenie impulsowych, seksualnych zachcianek. Briggite nie cofnie się przed niczym, by zrealizować swój cel, dopatrując się w relacji z Heinzem szansy na osobistą emancypację. Ale co to za emancypacja, skoro z jednej poddańczej roli pracowniczki fabryki od razu wpada w drugą: podporządkowanej żony mającej na względzie wyłącznie satysfakcję swojego męża? Podobnie sprawy mają się u młodszej, niepozbawionej jeszcze romantycznego spojrzenia na świat Pauli. Choć marzy ona o bezwarunkowym, nagłym uczuciu, dziewczyna szybko orientuje się, że wzbudzenie zainteresowania upragnionego Enricha wymagać będzie od niej rezygnację z marzeń, zakopanie własnej indywidualności oraz pogodzenie się z faktem, że nigdy nie będzie w oczach swojego wybranka serca znaczyć więcej niż szklanka zimnej wódki. Mimo świadomości, jaką cenę przyjdzie im zapłacić za uwagę mężczyzn, bohaterki niezmiennie dążą do celu ostatecznego: małżeństwa i powicia dziecka. Ignorują przy tym wszelkie przeszkody na swojej drodze, niczym zagubione, lgnące w stronę światła ćmy. Dlaczego? Wniosek jest bardzo gorzki: jak mało subtelnie komunikuje nam w swojej powieści Jelinek, one zwyczajnie nie mają innego wyjścia.

Bo widzicie, Briggite może i mogłaby zostać przy swoim zawodzie – sprawdza się w nim i nie omija żadnego dnia pracy w fabryce – ale w świecie, w którym się urodziła, nie przewidziano dla niej żadnego sukcesu. Do satysfakcjonującego, spełnionego życia nie wystarczy jej stała wypłata i swoje miejsce na świecie. W oczach innych nigdy nie będzie pełnym człowiekiem, jeśli przy tym wszystkim nie będzie towarzyszyła jej podległość – podległość jako żona, kochanka czy w końcu matka. W oczach Briggite proces przejścia z pracy w fabryce na wymagające, wyczerpujące i często uwłaczające umizgi za Heinzem są wiec naturalnym procesem; ona po prostu, jako doskonała obserwatorka, doskonale wie, że bycie kobietą musi być związane z ciężką pracą. Briggite zdaje sobie sprawę, ze małżeństwo może zaowocować korzyściami materialnymi czy społecznymi, ale ostatecznie pozostaje transakcją; transakcją, w której nie ma miejsca na takie sentymenty, jak miłość. Nie wie tego jeszcze Paula, której wieloletnie, gorące marzenia o karierze krawcowej nigdy nie spotkały się z aprobatą rodziny, przez co stały się podświadomie jakby symbolem jej nastoletniego buntu. Jak każda młoda kobieta swoich czasów, Paula przeczuwa, że i ona wkrótce wydana będzie na ożenek, lecz chce to zrobić na własnych warunkach. Pragnie wyjść za mąż za kogoś, kogo będzie kochać i z kim razem będzie mogła odkrywać świat – nie jako uwiązana służąca, a równa partnerka.
Tym bardziej więc boli ją zderzenie z rzeczywistością, w której mężczyźni – zachłyśnięci postępem cywilizacyjnym – bardziej interesują się rozwojem raczkujących karier i nowinkami motoryzacyjnymi, niż podążaniem za miłością. Enrich, owszem, zbliża się cieleśnie do Pauli, lecz nigdy nie jest ona dla niego niczym więcej, jak miłym zakończeniem upojnego wieczoru – jego małą tajemnicą, dobrze schowaną w gąszczu siana pobliskiej stajni. Podobnie jest z Heinz, który co prawda zdaje się lubić towarzystwo Briggite, ale wszelka jego sympatia od razu dzieli się na dwie, kiedy w otoczeniu znajduje się również druga, (tylko) potencjalnie chętna na bliższy z nim kontakt Susie. I nie ma znaczenia to, że intelektualistka Susie gardzi prymitywnymi nawykami i sposobem bycia Heinza – w oczach mężczyzny cały czas pozostaje miłą dla oka zakąską, która skutecznie rozprasza go od wizji domowego ogniska, do którego zbudowania tak uparcie dąży Briggite. Bo tacy właśnie są mężczyźni w soczewce Jelinek; próżni i nieświadomie dyktujący warunki otaczającym je kobietom. W pewnym momencie ironia autorki dochodzi do tego stopnia, że odnajduje dla swoich bohaterek więcej nadziei, gdy jedna z nich oddaje się nastawionej na zarobek prostytucji, niż gdy pełni jałową rolę oddanej, życiowej partnerki. Ten pierwszy sposób przynajmniej, w odróżnieniu od drugiego, mimo nieuchronnej stygmatyzacji, pozwala jej uzyskać choć namiastkę dawno upragnionej niezależności.
„Amatorki” to powieść, w której Jelinek w bardzo pesymistyczny sposób rozprawia się z konwenansami płciowymi. I choć świat, przynajmniej w pewnym stopniu, nieco zmienił się od tych 49 lat, które minęły od momentu pierwszego wydania książki, ciężko oprzeć się wrażeniu, że pewne trafnie zarejestrowane tu literacko zjawiska nadal mają swoje duże, po dziś dzień towarzyszące nam pokłosie. Lecz nawet, jeśli zignorujemy ten fakt, „Amatorki” nadal pozostają przede wszystkim bardzo interesującym, prowokującym eksperymentem narracyjnym, który dzięki charakterystycznemu stylowi autorki czyta się sprawnie i żywo. I choć jest to powieść na wskroś pesymistyczna, Jelinek nigdy nie sięga po tanie sztuczki – niemal każda podjęta przez nią decyzja jest odpowiednio ugruntowana w konsekwentnie budowanej wizji świata, który stanowi trafne odzwierciedlenie nastrojów towarzyszących końcówce ubiegłego wieku.
Książkę do recenzji otrzymaliśmy od Wydawnictwa W.A.B – dzięki!
Przeczytaj również: „Urodziny”. Egzystencjalne zdmuchnięcie świeczki [RECENZJA]