Kącik Popkultury

Szukaj
Close this search box.

„Black Mirror” powraca po 4 latach, strasząc wilkołakami i Boney M. [RECENZJA]

Serial „Czarne lustro” zdążył zostać przez niektórych ochrzczony jako jeden z ważniejszych seriali XXI wieku. Brytyjska miniprodukcja z każdym sezonem zabierała widzów do świata ujarzmionego futuryzmu, w którym wszystko wydaje się na pozór znajome, ale technologia, z jaką mają do czynienia bohaterowie jest niespotykana. Zabawa w złowróżbnego proroka przypominała dotąd technologiczny moralitet i grożenie paluszkiem. Od czasu premiery minęło dwanaście lat. Czy „Black Mirror” w najnowszym, szóstym sezonie nadal sprawdza się jako przypowieść o człowieku jutra?

Robotyczny pies morderca, implant empatii, czy wirtualne życie wieczne to tylko kilka oszałamiających koncepcji, które zaserwowali nam na przestrzeni lat twórcy jako przyczynek do komentowania współczesności. Dzięki nęcącemu i świetnie sprawdzającemu się katastrofizmowi, serial potrafił zagrać na technofobicznych strunach. Jeżeli spodziewasz się, że nowa odsłona serialu otworzy przed tobą bramę do kolejnego stopnia awangardy nowoczesności i postępu – muszę cię rozczarować. Nie wiele jest tutaj patrzenia w klasyczną przyszłość, do czego nas przyzwyczajono. Jest to sezon, który, jak żaden inny, romansuje z różnymi gatunkami filmowymi. I czasem.

black mirror

Pierwszy odcinek „Joan jest okropna” jest najbardziej blackmirrorowy. Jesteśmy w świecie, który bardzo przypomina nasz obecny. Ludzie nadal mają smartfony i oglądają Netflixa (w serialu to Streamberry). Tytułowa Joan jest kierowniczką w korpo świecie, chodzi na terapię i je niedosolony makaron, czyli ma zwyczajne życie. Wszystko staje na głowie, kiedy pewnego wieczora w katalogu platformy streamingowej znajduje serial o samej sobie. Serial, którego akcja pokrywa się z rzeczywistymi wydarzeniami 1:1. Annie Murphy i partnerująca jej (sic!) Salma Hayek to przezabawny duet, który opowieść o zasapanym systemie prawnym będącym dwa kroki za technologią, deepfake’owych aktorach i komputerze kwantowym serwuje doskonale.

„Loch Henry” to jednocześnie kryminał i antykryminał. Historia pary dokumentalistów, którzy wpadają na trop makabrycznego morderstwa, o którym postanawiają nakręcić film. W toku zbierania materiałów, okazuje się, że zbrodnia to tylko wierzchołek góry lodowej mrożących krew w żyłach odkryć. Odcinek odczytuję jako krytykę fetyszyzacji i infantylizacji zabójstw oraz onanizowania się śmiercią w popkulturze.

Trzeci odcinek, zatytułowany „Beyond the Sea” jest retrofuturystyczną wizją o kosmicznych podbojach. Dwoje astronautów żyje na statku kosmicznym, a ich łączność z domem odbywa za pomocą replik ich ciał na Ziemi, które mogą transportować świadomość. Dzięki temu jednocześnie naprawiają kadłub statku i spędzają czas z rodziną. Za sprawą hipisowskiej sekty technologicznych denialistów dochodzi do tragedii. Dwoje mężczyzn od tego czasu używają klona jednego z nich do łączności z Ziemią, co prowadzi do strasznych wydarzeń. Pomimo że podobnych konwencji z przenoszeniem świadomości w kinie widzieliśmy sporo, ta przypomina ostatnią z „Nie martw się, Kochanie”, to nie czułem znużenia. Mam tylko pytanie logiczne: dlaczego transfer świadomości nie mógł odbyć się w drugą stroną? Dlaczego robotyczne klony nie zostały wysłane w kosmos, skoro były wiernymi kopiami ludzi, żeby ci mogli wieść spokojne życie na miejscu?

black mirror

„Maze Day” to historia osadzona na początku lat 2000. Czyli podczas apogeum popularności reality shows, muzyki pop i ogólnej histerii mediów plotkarskich. Główna bohaterka zarabia na życie jako paparazzi, gdzie pościgi za samochodami i wpychanie obiektywu aparatu pod sukienki celebrytek wydają się codziennością. Dochodzi jednak do wydarzeń, podczas których kobieta staje przed dylematami moralnymi, jakie niesie za sobą ta profesja. To metaforyczna opowieść o łowcy i zwierzynie. I nie brakuje tutaj elementów fantasy.

Jak mogę opisać ostatni odcinek? Demon pod postacią piosenkarza z Boney M., do tego krwawe morderstwa i wieńcząca wszystko apokalipsa. Gdyby nie znamienna czołówka, mógłbym powiedzieć, że oglądam American Horror Story. Przeobrażenie – to jest myśl, która może towarzyszyć wielu widzom podczas seansu nowego sezonu „Black Mirror”. To delikatne zerwanie ze sztywnym gorsetem futurologicznym. Dla niektórych może to być rozczarowanie, że pod szyldem „Czarne lustro” jest realizowana gatunkowa wolta. W dobie, kiedy ChatGPT pisze prace naukowe, Midjourney maluje obrazy, a Apple zaproponowało swoje gogle Vision Pro, nie mam głodu oglądania wymyślnej technologii. Siłą „Black Mirror” od zawsze było snucie paraboli o ludzkich słabościach i przywarach. Co udaje się i tutaj. Każdy z pięciu odcinków szóstego sezonu to dobra realizatorska robota.

Zobacz też: Spider-Man: Poprzez multiwersum – Spider-Man: Infinity War [RECENZJA]

Podobał Ci się artykuł? Udostępnij!

Facebook
Twitter
Pocket
0 0 votes
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

O Autorze

Picture of Adrian Matuszkiewicz

Adrian Matuszkiewicz

Student na katowickiej Filmówce i absolwent dziennikarstwa. Nieostrożny eskapista. Uwielbia moment po wyjściu z kina, kiedy świat filmowych fantazji ciągnie go za jeden rękaw a drugi powiewa już na wietrze, stojąc w rozkroku pomiędzy fikcją a rzeczywistością. Stały w uczuciach do Coppolowskiej Marii Antoniny, mięsnej sukienki Lady Gagi i zaklęć niewybaczalnych.

Kategorie

Rodzaje Wpisów

Najnowsze Wpisy