Kącik Popkultury

Szukaj
Close this search box.

„Bóg i wojownicy lunaparków”. Samochodem przez eklektykę [RECENZJA]

Bartłomiej Żmuda, uznany twórca krótkich metraży, bierze na warsztat w swoim kinowym debiucie dokumentalnym historię trudnej relacji ojca z synem. Nowa propozycja repertuarowa Mayfly, „Bóg i wojownicy lunaparków”, usiłuje odpowiedzieć na pytanie co by było, gdyby tak spędzić z własnym ojcem parę dni w samochodzie, próbując przekonać go do swojego światopoglądu. Odpowiedź zdecydowanie nie należy do oczywistych, co wynika ze zderzenia trudnych charakterów głównych bohaterów dokumentu – pisarza i producenta Pawła Jóźwiaka-Rodana oraz jego kontrowersyjnego ojca, Andrzeja. Ten pierwszy próbuje odsłonić przed rodzicielem zalety katolicyzmu, starszy Rodan zaś, zawodowo zajmujący się pisaniem książek dewaluacyjnych działania kościoła, pozostaje głuchy na głos syna. Co więc wyniknie z tego eksperymentu? Zajmujący kawałek życia w formie zwartego i konkretnego dokumentu, który z pewnością jest oddechem świeżości w repertuarze rodzimych produkcji. Oceniam „duchowe Las Vegas Parano„.

Czy zrozumienie międzypokoleniowe ma rację bytu? Główny bohater, Paweł, wierzy, że jak najbardziej i trzeba do niego dążyć na wszelkie dostępne sposoby. Dlatego też gdy okazuje się, że stan zdrowia jego ojca ulega pogorszeniu, Paweł organizuje dla obojga mężczyzn kilkudniową wycieczkę samochodową. Ma im ona pomóc nie tylko w odzyskaniu dawno zatraconej swobody kontaktu, ale odnosi się również do dawnej przeszłości, w której ojciec i syn regularnie wybierali się na eskapistyczne wypady szlakiem polskich lunaparków. Tym razem celem nie jest jednak rekreacja, a rozmowa z osobami, które utrzymują, że doświadczyły boskiej ingerencji. Dla Pawła jest to sposób, aby przekonać ojca do zasadności swojej wiary, a dla Andrzeja – cóż, najczęściej pretekst do wulgarnych żartów i ciętych spostrzeżeń o ateistycznym zabarwieniu.

Paweł Jóźwiak-Rodan, jeden z głównych bohaterów filmu / fot. Mayfly

Jak pisze dystrybutor: „Bóg i wojownicy lunaparków” to nie religijna agitacja, a przezabawna dokumentalna komedia drogi o konfrontacji przeciwstawnych postaw życiowych”. W gruncie rzeczy zgadzam się z tym stwierdzeniem, ale nie można zapomnieć, czego to przede wszystkim zasługa: świetnej dynamiki i chemii między dwójką głównych bohaterów. Film Żmudy szybko zniknąłby w gąszczu podobnych, niskobudżetowych dokumentów o „uniwersalnym” przesłaniu, gdyby nie doskonale dobrane postaci centralne, które niosą opowiadaną historię na własnych barkach. Osobowości Rodanów są ostre jak żylety, przez co z pojedynków słownych często sypią się iskry charakternego humoru i ironii. Jednocześnie reżyser stawia optykę przy dokumentowaniu całości w taki sposób, aby nie popaść w stronniczość i zapewnić obu bohaterom przestrzeń na wygłoszenie swoich racji i perspektyw. Dzięki temu „Bóg i wojownicy lunaparków” nigdy nie popada w tendencyjność, co jest bez wątpienia jedną z ważniejszych zalet filmu. Zwłaszcza nabiera to na znaczeniu bliżej końca, kiedy mamy okazję niezwykle obrazowo doświadczyć religijnych uczuć młodszego Rodana. Bardzo łatwo można było przekuć te sceny w gag, ale Żmudę – jak na dobrego dokumentalistę przystało – interesuje rzeczywistość taka, jaka jest, a nie jej interpretacja.

Tym bardziej przekonująco wypada relacja głównego duetu, która jest szczera i niczym nieubarwiona. Nie zawsze trafiał do mnie humor polegający na kwitowaniu wielu wypowiedzi najsłynniejszym polskim przekleństwem, ale już kilka błyskotliwych, uszczypliwych uwag potrafiło wywołać naturalne rozbawienie. „Bóg i wojownicy lunaparków” to jednak nie tylko komedia drogi, ale również interesująca refleksja na temat kondycji relacji ojcowskich i tego, jak potrafią one rzutować na dalsze życie. A wszystko to w lekkiej, przekonującej formie zaledwie 87-minutowego metrażu nakręconego z wykorzystaniem minimum burzących immersję filmowych środków. Polecam debiut Bartłomieja Żmudy każdemu, kto liczy na lekki seans pełen autentycznych, ludzkich emocji i wynikających z tychże przekonujących konfliktów. Oczywiście kryje się tu również sporo głębi, ale nie trzeba po nią sięgać, by po prostu się dobrze bawić. „Bóg i wojownicy lunaparków” nie jest filmem odkrywczym, ale na pewno wartym uwagi przez dobrze wyegzekwowaną wizję reżyserską, przystępną formę i sympatyczną „swojskość”. Podróż ojca i synem odbyta samochodem przez eklektykę ich trudnych charakterów zdaje egzamin.

Andrzej Rodan, druga część duetu / fot. Mayfly

Ocena: 7/10

Film mieliśmy okazję obejrzeć w ramach oficjalnej premiery organizowanej przez dystrybutora. Uprzejmie dziękujemy za zaproszenie.

Zobacz również: Borys Szyc: „W latach 90. marzyłem o levisach i walkmanie” [WYWIAD]

Podobał Ci się artykuł? Udostępnij!

Facebook
Twitter
Pocket
5 1 vote
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

O Autorze

Picture of Robert Solski

Robert Solski

Student czwartego roku polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim i eskapista, który tak samo jak filmy pożera książki, a ostatnio też coraz częściej gra – i wirtualnie, i planoszowo. Stara się oglądać jak najwięcej kina niezależnego, usilnie jednak przeszkadza mu w tym słabość do blockbusterów i seriali. Lubi pisać o wszystkim, co go otacza – zwłaszcza o popkulturze.

Kategorie

Rodzaje Wpisów

Najnowsze Wpisy