Kącik Popkultury

Buzz Astral [RECENZJA]. Na koniec świata i jeszcze dalej

Po wysoko ocenianym przez widzów i krytyków „To nie wypanda”, przyszedł czas na drugą tegoroczną premierę Pixara – „Buzza Astrala”. „Lightyear” – bo taki tytuł nosi film w wersji oryginalnej – zapowiedziany został w grudniu 2020 jako spin-off serii „Toy Story”, który miał skupić się na pierwowzorze zabawki tytułowego kosmonauty, Buzza. Jak informuje nas plansza początkowa – prezentowany jest nam film, który w 1995 roku obejrzał sam Andy. Pomysłodawcą i reżyserem projektu został Angus MacLane, wieloletni pracownik Pixara i wielki fan science-fiction, który dostrzegł w potencjalnym filmie o Buzzie dużą szansę na wyruszenie w nieznane do tej pory dla studia wody – temat podróży międzygwiezdnych został do tej pory nieznacznie poruszony jedynie w „WALL-E’em”.

Producentom w Pixarze przy realizacji filmu przyświecały więc wyraźnie dwa cele: wzbogacenie swojej kultowej, „zabawkowej” francyzy o nowy, oryginalny odcinek oraz sprawdzenie się w niezbadanym jeszcze gatunku – a wszystko to sygnowane nazwiskiem jednej z najpopularniejszych postaci studia. Efektem jest właśnie „Buzz Astral” – pierwsza od 2020 roku produkcja Disney Pixar, która otrzymała pełną, kinową dystrybucję i nie wylądowała od razu w usłudze Disney+.  Czy warto było czekać, aby wyruszyć „na koniec świata i jeszcze dalej”? Zdecydowanie tak, trudno jednak wyzbyć się wrażenia, że mamy do czynienia z filmem nieco obniżającym loty w porównaniu do poziomu, do jakiego autorzy „Potworów i spółki” czy „Coco” zdążyli nas przyzwyczaić na przestrzeni dwóch minionych dekad.

Powrót do uwielbianego świata zabawek – ale czy na pewno?

Film opowiada historię tytułowego Buzza – poważanego kosmonauty z korpusu Strażników Kosmosu, który na skutek felernego wypadku nie zdołał wykonać danej mu misji. Zdeterminowany Buzz nie cofnie się przed niczym, aby naprawić swój błąd – nawet, jeśli będzie go to drogo kosztować.  Celowo nie zdradzam za dużo z fabuły – jeśli, tak jak ja, nie śledziliście najnowszych zwiastunów, przedstawiona w „Lightyear” historia w dużej mierze będzie dla was zagadką i do momentu seansu lepiej, by tak zostało. Nie chodzi o żadne niszczące zabawę spoilery, a raczej o fabularną konstrukcję, która jest dosyć nieoczywista i warta odkrycia na własną rękę. Fani Buzza Astrala nie powinni być zawiedzeni – prezentowana w „Lightyear” opowieść jest w wielu momentach przyjemnie przewrotna, nie brak w niej jednak kosmicznych starć, eksploracji obcych planet czy odwołań do „mitologii Buzza” znanej z krótkich wstawek w „Toy Story”.

Lecz na tym podobieństwa do „serii matki” praktycznie się kończą – „Buzz Astral” to pełnoprawna produkcja, która nie usiłuje odcinać kuponów od znanej marki i jest od niej tak odmienna, jak to tylko możliwe. Obraz MacLane’a to kino science-fiction pełną gębą, której futurystyczny styl przywodzi skojarzenia bardziej z „Interstellar”, niż poprzednimi filmami studia. Ma to swoje plusy i minusy – z jednej strony Pixar faktycznie wkracza w nowe rejony, które dla wielu odbiorców mogą okazać się atrakcyjnym powiewem świeżości, z drugiej – charakterystyczny dla twórców „Raratuj” i „Gdzie jest Nemo?” emocjonalny wydźwięk całości jest tu zwyczajnie nikły i ulotny. Debiutujący w roli reżysera MacLane ma swoje momenty jeśli chodzi o kreacje postaci i ich rozterki, lecz „empatyczne” zasoby reżysera szybko ulegają wyczerpaniu. Angus zdecydowanie bardziej stawia na klimat nowej przygody i przekonwertowanie znanych z kina sci-fi tropów na animację, co udaje mu się bardzo dobrze – zabrakło jednak bardziej doświadczonego współscenarzysty, który pomógłby wyważyć proporcje i nadać całości nieco bardziej wyrazistego charakteru. Jeżeli podobnie jak ja przywykliście do wychodzenia z filmów Pixara z mokrymi policzkami, mam dla was dobrą wiadomość – „Buzz Astral” raczej nie rozmyje wam makijażu, choć delikatne wzruszenie jest niewykluczone. Nie znaczy to, że na filmie będziecie bawić się źle – nie nastawiajcie się jednak na szczególne uniesienia i ożywione dyskusje po seansie; przestrzeń do potencjalnej refleksji jest tu praktycznie zerowa.

Film dla każdego… i nikogo?

Bo widzicie – głównym problemem „Buzza Astrala” jest kwestia odbiorcy. Dla dorosłych, którzy wychowali się na „Toy Story” przedstawiona historia może okazać się po prostu zbyt miałka – nie ma tu co liczyć na emocjonalny bagaż na wzór 3 czy 4 części serii. Z kolei najmłodsi widzowie będą raczej szybko wizualnie znudzeni – zwłaszcza, że większość czasu spędzamy tu w sterylnych lokacjach lub na pokładach statków kosmicznych, niż w zróżnicowanych, atrakcyjnych dla oka lokacjach. Film nie jest tak kolorowy jak „Luca” czy „To nie wypanda”, a historia – która jest jednocześnie prosta i dojrzała – nie uderza w te same nuty, co „Soul”. „Buzz Astral” plasuje się gdzieś pomiędzy – to przygodówka, która jest „filmem Pixara” tylko przy okazji – i nie ma w tym nic złego, szkoda tylko, że gdy dochodzi do punktu kulminacyjnego, film traci praktycznie cały rozpęd. Końcowa sekwencja jest po prostu mało porywająca i szybko wypadająca z pamięci, a to w przypadku filmu o Buzzie Astralu wydaje się wprost niewybaczalne. Twórcy w ciekawy sposób ogrywają tropy z historii tej postaci i posługują się nimi, aby opowiedzieć własną, aktualną opowieść o kształtowaniu własnego losu i toksycznym poczuciu obowiązku, lecz wstawki z walki Astrala z Zurgiem z drugiego „Toy Story” były znacznie bardziej ikoniczne, niż trzeci akt. Trochę mało tu „Buzza” w „Buzzie”.

Mimo tego wszystkiego – mamy do czynienia z produkcją bezapelacyjnie udaną. Kosmiczny klimat ma szansę się podobać, a wyważone i nieprzesadnie slapstickowe poczucie humoru nigdy nie zaburza przyjemnej, nieco kiczowatej podniosłości fabularnej stawki. Film ma też bardzo sprawnie wyreżyserowane sceny akcji – jak „Auta 2″ były pixarowskim Bondem, tak „Lightyear” może śmialo uchodzić za dziecięcy „Dzień niepodległości”. „Buzz Astral” to w wielu momentach akcyjniak rodem z wieczorowego repertuaru Polsatu i w żadnym razie nie jest to zarzut – klimat ładnie zanimowanej przygody dla całej rodziny sprawdza się tu doskonale. Trudno tez nie docenić udanej progresywności – to pierwszy film Pixara z jawną, a nie półsłówkową reprezentacją LGBTQ+, która nie została w żaden sposób ocenzurowana w polskim dubbingu. Odczuwam jednak pewną gorycz związaną z faktem, że to właśnie „Buzz Astral” jest pierwszym filmem Pixara od dwóch lat, który trafił prosto na ekrany kin – „Co w duszy gra”, „Luca” i „To nie wypanda” zasługiwały na to zdecydowanie bardziej.

7/10

Plusy

udany polski dubbing – zwłaszcza Kotexa

prosta, ale jednocześnie dojrzała historia

przygodowy feeling

powiew świeżości dla studia Pixar

nienachalna reprezentacja

Minusy

słaby trzeci akt

nikły wydźwięk emocjonalny

problem z odbiorcą – ciężko w zasadzie powiedzieć, dla kogo ten film powstał

Podabał ci się artykuł? Udostępnij

Facebook
Twitter
Pocket
0 0 votes
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
1 Komentarz
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
Suzan
Suzan
5 miesięcy temu

Dzięki tej przepięknej recenzji na pewno wybiorę się na to do kina, jak zwykle się nie zawiodłam, Robercie!

O Autorze

Robert Solski

Robert Solski

Student czwartego roku polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim i eskapista, który tak samo jak filmy pożera książki, a ostatnio też coraz częściej gra – i wirtualnie, i planoszowo. Stara się oglądać jak najwięcej kina niezależnego, usilnie jednak przeszkadza mu w tym słabość do blockbusterów i seriali. Lubi pisać o wszystkim, co go otacza – zwłaszcza o popkulturze.

Kategorie

Rodzaje Wpisów

Najnowsze Wpisy