Kącik Popkultury

Szukaj
Close this search box.

„Diuna: Część Druga” [RECENZJA]

Wylądowanie na Arrakis i poprowadzenie Fremenów do walki było przeznaczeniem Paula Atrydy. Przeznaczeniem Denisa Villeneuve było nakręcenie o tym filmu. Premiera Diuny trzy lata temu dopiero przygotowała nas to, co nadeszło w tym roku. Druga część jednego z największych widowisk sci-fi w historii kina to dzieło doskonałe, które oddaje hołd książkowym pierwowzorom Franka Herberta, ale prowadzi też własną audiowizualną narrację. Renesans Diuny jest zjawiskiem kulturowym, które nie można spłycić do rangi ekranizacji bestsellerów. To potęga kina w jego pełnej okazałości. Do perfekcji zadbano, aby każdy widz mógł poczuć się częścią oglądanego spektaklu, częścią świata Diuny. Naszym przeznaczeniem było życie w czasach, gdy możemy obejrzeć ten film.

The Oscar Narrative For "Dune: Part Two"

Podczas seansu Diuny 2 poczułem nostalgię do bezmyślnej fascynacji kinem rozrywkowym. Film Villeneuve’a wyzwolił we mnie emocje bardzo podobne do tych, które poczułem, gdy jako dziecko odkrywałem świat Gwiezdnych Wojen. Z czasem zauważamy w takich sagach coraz więcej niedoskonałości i odbijamy się od przedstawionego w nich świata, który jednak okazał się nie być tak wiarygodny, jakim jawił się patrząc na niego oczami dziecka. Jednak w momencie pierwszego kontaktu z epickimi opowieściami, to nasz świat wydaje się nie istnieć. Diuna ma wiele wspólnego ze Star Warsami nie tylko pod względem monumentalności kosmicznej opery. To historia protagonisty, który miał zapisane w gwiazdach decydowanie o losach świata, ale zanim zdobył potęgę i zmierzył się z jej konsekwencjami, przeszedł w pełnoletność wśród piasków pustyni. Oczywiście zakochał się. Jednak szkopuł jest w tym, że jeżeli przeznaczeniem bohatera nie jest miłość, to ona nigdy nie idzie z nim w parze.

Wpływ prozy Franka Herberta na współczesne wyobrażenia sci-fi jest nieoceniony. Saga książek autorstwa amerykańskiego pisarza jest jednym z kilku dzieł porównywalnych do rozmachu Władcy Pierścieni J.R.R. Tolkiena. Muszę przyznać, że nie mogę nazwać siebie fanem Diuny. Po książkę sięgnąłem dopiero po premierze ekranizacji Villeneuve’a. Jest to jednak w pełni wystarczające podłoże, żeby zrozumieć, przed jak wielkim wyzwaniem stanął kanadyjski reżyser, a równocześnie nie odebrać sobie radości z seansu. Ta ekranizacja jest teoretycznie dwuczęściowym filmem na podstawie jednej książki. Dopiero po latach mogliśmy dostrzec, że ta decyzja nie była skokiem na kasę, lecz głosem rozsądku. Przed trzecią częścią Villeneuve pozostawia nas z wieloma pytaniami, ale daje też wystarczająco wiele odpowiedzi. To bardzo uczciwa ekranizacja, która nie pozostawia widzów na bezczelnym cliff-hangerze, tak charakterystycznym dla innych sag. Diuna 2 puentuje się jako osobne dzieło, od początku do końca prowadzące koherentną narrację. W kilku miejscach coś wycina, innym razem coś dodaje, ale Villaneuve jest profesjonalistą, który zwyczajnie wie, co robi.

Przed premierą filmu szerokim echem odbiły się słowa reżysera, który wyraził swoje zdanie, że słowa w kinie są wartości drugorzędnej i liczy się obraz. Nasze obawy o jakość scenariusza najnowszej Diuny okazały się być bezpodstawne. Film Villaneuve’a ma doskonałe szybkie-wolne tempo. Szybkie-wolne, bo właśnie w tym tkwi jego doskonałość, że nigdy nie idzie na skróty, ale nie rozwleka też scen. Twórcy doskonale rozumieją, kiedy widz potrzebuje chwili oddechu i zagłębienia się w historię, a kiedy należy wsadzić go na ekstremalną przejażdżkę pustynnym czerwiem. Współscenarzystą obu części Diuny jest Jon Spaihts. Warto zatrzymać się na chwilę przy tym nazwisku, które stoi w cieniu całej produkcji, a na pewno odegrało w niej znaczącą rolę. Amerykański pisarz zdobywał doświadczenie w gatunku sci-fi, pisząc scenariusze do filmów Prometeusz (2012) i Pasażerowie (2016). Otrzymał również angaż w Marvelu i współtworzył historię Doktora Strange. Teraz widzimy, że razem z Villaneuve, i rzecz jasna Herbertem, stworzył trio zdolne podzielić tort tak, żeby każdy ukrojony kawałek miał wystarczająco dużo kremu oraz ciasta.

How 'Dune 2' pulled of sandworm riding
Czerwie pustynne, czyli jeden z symboli Diuny

Intryga prowadzona jest angażująco i w sposób zrozumiały nawet dla nieobytego bywalca Arrakis. Fabuła nie rozpada się, chociaż w historii Diuny jest bardzo wiele pułapek. Przed premierą filmu pytaliśmy na naszym fanpage o wasze oczekiwania względem drugiej części Diuny. Jeden z naszych czytelników napisał, że „ma nadzieję, że najważniejsza bitwa nie okaże się snem głównego bohatera”. To zdanie dobrze odzwierciedla obawy, które powstają w związku z całym mesjanistycznym aspektem filmu. Łatwo odbić widza od proroctw i wizji. To, co nienamacalne i cały metafizyczny obszar jest przecież w Diunie niezbędny. Jednak widzowie, nawet decydując się na rozrywkę z gatunku fantastyki, wolą być traktowani poważnie, dostawać też akcję namacalną i dosłowną. Diuna 2 bryluje pomiędzy snem a jawą, wiele dylematów pozostawiając widzom do samodzielnego rozstrzygnięcia. W końcu nawet wewnątrz obrazu mamy wielu niedowiarków, którzy nie kupują całej opowieści o wielkim Lisanie al Gaibie. Fundamentalizm religijny i proces powstawania kultu jest istotnym motywem powieści Herberta. W filmie nie ma wielu dylematów moralnych możliwych do dosłownego odniesienia do naszej rzeczywistości, ale to jeden z tych tematów, które warto wziąć pod lupę.

Paul Atryda jest na początku tym samym chłopakiem, którego poznaliśmy w części pierwszej. Postać grana przez Timothée Chalameta to model nowoczesnej męskości. Chłopak, którego mięśnie umysłu są potężniejsze i używane częściej niż tężyzna fizyczna, której jednak też mu nie brakuje. Chociaż Paul to protagonista, Villaneuve nie boi się na chwilę zmienić perspektywy, podobnie jak czynił to Herbert, dołączając chociażby obecne także w ekranizacji dzienniki Księżniczki Irulany. Warto zwrócić uwagę na systematyczność, z jaką wprowadzane są w film kolejne postacie. Reżyser najpierw pozwala nam się wczuć w pozycję outsidera zesłanego na Arrakis, by dopiero później wciągnąć w polityczny wir intryg. Nie przeplata wątków, tylko konsekwentnie je dawkuje. To kolejne miłe zaskoczenie i egzamin zdany przez twórców ekranizacji na piątkę z plusem.

Rebecca Ferguson jako Lady Jessica to nowa Lady Makbet. Ona jest kwintesencją oniryzmu i cynizmu fabuły. Javier Bardem jako Stilgar wśród swoich ludzi ma zupełnie inne oblicze niż w pierwszej części. Mniej dostojny i egocentryczny, a bardziej impulsywny i altruistyczny. Josh Brolin jako Gurney Halleck zalicza wielki powrót w akompaniamencie granych przez samego siebie gitarowych akordów. Jego postać to archetyp rycerza lojalnego, ale też niespecjalnie rezolutnego w społecznych kontaktach z obcą cywilizacją. Christopher Walken jako Imperator, podobnie jak jego córka, otrzymują wyłącznie epizody, którymi jednak powinniśmy być usatysfakcjonowani. Dokładają swoje kilka groszy w historię, żeby była ona pełniejsza, ale nie przepełniona.

Już w poprzedniej części mogliśmy doświadczyć upiornej charyzmy Stellana Skarsgårda jako Barona Vladimira Harkonnena. Szwedzki aktor nie wypadł z formy, jego rzeźnik z Giedi Prime nadal przykuwa wzrok i budzi obrzydzenie. Jednak już w zapowiedziach było widać, że to nie on gra pierwsze skrzypce wśród antagonistów. Jego bratanek Feyd-Rautha w wykonaniu Austina Butlera nie wpisze się niestety w kanon największych złoczyńców w historii kina, ale to dlatego, bo nie dostał wystarczająco dużo czasu ekranowego. Nie ma w tym oczywiście  ani winy aktora, ani napisanej dla niego postaci – sami widzicie jak obfity w intrygujących bohaterów i ich linie fabularne jest to film. Wejście Feyda do koloseum i jego pierwsza walka to absolutne arcydzieło kinematografii. Taką scenę po prostu trzeba przeżyć, zwłaszcza ze względu na jej aspekt realizatorski i późniejsze sekwencje. Nieodparty magnetyzm, zarówno pozytywnych, jak i negatywnych postaci, jest ogromnym atutem filmu.

New "Dune: Part Two" Images Unleash Austin Butler's - The Credits
Austin Butler jako Feyd-Rautha Harkonnen

Rzadko kiedy przy blockbusterach tak napakowanych efektami specjalnymi możemy powiedzieć, że są naturalnie piękne. Diuna 2 to poezja ekranu. Villaneuve gra światłem i kolorami, które nie popadają w… efekciarstwo. Każdy region świata Diuny ma swój własny styl wizualny, które w połączeniu tworzą ekscytującą mozaikę doznań. Oczywiście efekt końcowy nie byłby tak piorunujący, gdyby nie wkład Hansa Zimmera. Kompozytor daje kłam teoriom, jakoby jego zestaw muzycznych sztuczek był ograniczony wyłącznie do kilku motywów. Muzyka w Diunie odkrywa zupełnie nowe galaktyki hybryd dźwiękowych, które wprowadzają widzów w trans wibracji i dramatyzmu.

Diuna jest w dużej mierze filmem wojennym, ale choreografia walk nie czyni z niego kolejnego akcyjniaka. Finałowy pojedynek pomiędzy dwójką bohaterów przypomina taniec Achillesa z Hektorem. Dzieło Villaneuve’a ma na dobrą sprawę kilka punktów kulminacyjnych, ale ta walka z całą pewnością jest jednym z highlightów sagi. Być może zabrakło wśród tych najważniejszych punktów głębszej eksploracji świata, ale to była rola pierwszej części. Osobiście potrzebowałbym trochę więcej osobistych emocji, niezwiązanych z monumentalnymi widowiskami i rozgrywkami wielkich rodów. Tą melancholijną wrażliwość zagwarantowała jedynie postać Chani.

Występ Zenday zasługuje na osobny akapit, bo chociaż Diuna jest w gruncie rzeczy konserwatywnym dziełem, intensyfikuje nienachalny feminizm. Poza siostrami Bene Gesserit i Matkami Wielebnymi, kobiety Diuny cierpią przez patriarchalny system. Postać Chani wywołuje autentyczne emocje. Jest to dziewczyna, która automatycznie zdobywa nasz podziw i szacunek, ale potem budzi niepowtarzalne współczuje i autentyczną sympatię. Kiedy przez większość czasu Diuna to pomnik bohaterstwa, Fremenka jest bezpiecznym portem racjonalnego myślenia w połączeniu ze szlachetną ofiarnością. Zendaya wielokrotnie dawała świadectwo swojego potencjału i to już teraz, w Diunie 2, udało jej się wspiąć na wyżyny talentu. Całe szczęście, bo Chani jest nieoczywistym bohaterem-przewodnikiem drugiego planu.

Dune: Part Two' is a Daring Epic Unlike Anything We've Seen
Chani i Paul na piaskach Diuny

Mógłbym napisać w podsumowaniu setki zdań rozpoczynających się od zwrotu „niewiele jest filmów, w których…” i pisać dalej o tym, jak wyjątkowym przeżyciem jest druga część Diuny. Dzieło Villaneuve’a to epicka perła, która na zawsze zapisze się w historię sztuki filmowej jako jedno z jej największych osiągnięć. To film kina drogi, topos nieszczęśliwej miłości, antyczna walka człowieka z fatum, rycerski poemat o bohaterstwie i honorze, polityczna rozgrywka pełna zdrad i wyrzeczeń, westernowa zemsta w kanwie kosmicznej opery… To kino, które spełnia swoją rolę z nawiązką i nie wyobrażam sobie argumentów, wedle których jego ocena byłaby negatywna. Jakiekolwiek mankamenty są jedynie wynikiem zbyt wysokich oczekiwań i wymagań, które postawił przed reżyserem materiał źródłowy. Villeneuve wspiął się jednak na wyżyny reżyserskiej wirtuozerii i jego kunszt pozwolił stworzyć film, który wprost elektryzuje. Obraz Diuny po seansie może nawiedzać nas w snach, niczym prorocze wizje głównego bohatera. W tym wypadku są to jednak wyłącznie wizje zwiastujące kolejne arcydzieło w postaci części trzeciej, na którą będziemy czekać jak Fremeni na swojego Lisana al Gaiba.

Moja ocena: 9/10.

Filmowy 2024 dopiero się rozkręca. Przeczytaj naszą recenzję „Vincent musi umrzeć”!

Podobał Ci się artykuł? Udostępnij!

Facebook
Twitter
Pocket
5 1 vote
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

O Autorze

Kamil Szczygieł

Kamil Szczygieł

Redakcyjny pisarz-kulturoznawca. Czytelnik scenariuszy, człowiek postmodernizmu, fan aktorów drugoplanowych. Zaparzenie dobrej kawy lub herbaty jest dla niego pierwszym krokiem do wejścia w filmowy świat. Wszechstronnie zaangażowany w kulturę rozrywkową, współpracował m.in. z CD-Action i Silesia Film.

Kategorie

Rodzaje Wpisów

Najnowsze Wpisy