Kącik Popkultury

Szukaj
Close this search box.

„Vincent musi umrzeć”. Za widły! [RECENZJA]

Na ekranach kin można już oglądać „Vincent musi umrzeć” – nową propozycję repertuarową od Velvet Spoon, będącą szalonym miksem gatunkowym od francuskiego twórcy, Stéphana Castanga. Film ten, debiutujący na zeszłorocznym festiwalu w Cannes i nominowany m.in. jako najlepszy debiut i odkrycie roku według Europejskiej Akademii Filmowej i Cezarów, po raz pierwszy został zaprezentowany polskiej publiczności już w zeszłym roku, mianowicie – podczas Octopus Film Festival 2023, gdzie był nominowany w konkursie głównym. Już wtedy produkcja zaskarbiła sobie sympatię widowni, a teraz, dzięki wspomnianemu  Velvet Spoon, „Vincent doit mourir” trafił do szerokiej dystrybucji i kinowe ekrany w całej Polsce. Lecz czy jest to film warty szerszej uwagi? Zdecydowanie tak – zwłaszcza, jeśli cenicie sobie gatunkowe mieszanki, które do samego końca trwania seansu nie odkrywają swoich wszystkich kart.

Główny bohater, tytułowy Vincent, to przeciętny do bólu mężczyzna po trzydziestce, który nie ma na co narzekać. Praca w korporacji pozwala mu na komfortowe życie w okazałym mieszkaniu (i okazjonalne sprowadzanie randek z Tindera), a sam bohater ponadto cieszy się poszanowaniem swoich współpracowników, z którymi żyje w dobrych stosunkach i często spędza z nimi czas poza biurowymi godzinami. Pozorna „przeciętna” sielanka dobiega jednak końca, gdy ni z tego, ni z owego Vincent zostaje brutalnie zaatakowany przy swoim biurku przez nowo zatrudnionego stażystę. Po zdarzeniu napastnik zupełnie nie jest w stanie wyjaśnić swoich motywacji – zdaje się zupełnie nie pamiętać faktu, że jeszcze chwilę temu kierowała nim nieopisana żądza mordu. Skonsternowany tym wypadkiem Vincent staje się coraz bardziej nieufny wobec swojego otoczenia – i słusznie, ponieważ liczba kreatywnych w działaniach zamachowców na jego życie rośnie z każdym dniem, co ostatecznie zmusza go do zaszycia się na wsi. Względnie bezpieczny od miejskich morderców, Vincent rozpoczyna śledztwo w swojej sprawie i postanawia dowiedzieć się, dlaczego to właśnie on musi umrzeć. Błyskotliwa metafora pogodzenia się z nieuchronnością własnego losu czy może zakręcona wariacja na temat zombie movie? Cóż, to już w dużej mierze zależy od was.

Film Castanga w początkowej fazie przypomina nieco bardziej groteskową wersję pierwszej sekwencji „Bo się boi”, w której bohater mierzył się przede wszystkim z własnymi lękami względem społecznego zaszczucia. Nie jest to odległe skojarzenia – zarówno „Vincent musi umrzeć”, jak i film Astera korzystają z różnych filmowych sztuczek, aby skonfrontować swoich bohaterów z absurdalnym, kafkowskim obrazem rzeczywistości. Lecz „Vincent” szybko idzie o krok dalej i tam, gdzie losy Bo zaczynały stopniowo łączyć się w spójną gatunkowo narrację o skutkach zaniedbanego macierzyństwie, tam film Castanga raz za razem wymyśla się na nowo. Komedia absurdu szybko przechodzi w kryminał à la „Tajemnice Silver Lake” i apokaliptyczny thriller, co z kolei ubarwione zostaje… wątkiem romantycznym. Śledzi się to z zaciekawieniem przede wszystkim przez udaną kreacją Karima Leklou, którego Vincent da się lubić i ciężko mu nie kibicować na drodze do odkrycia genezy społecznego zezwierzęcenia. Bohater Karima tworzy dodatkowo doskonały duet z Vimelą Pons – kreacja sarkastycznej, ale doświadczonej przez życie i poczciwej kelnerki Margaux znacznie ubarwia seans od swojej pierwszej sceny.

Główni bohaterowie grani przez Karima Leklou i Vimalę Pons, który usiłują dociec, dlaczego „Vincent musi umrzeć”

Poza różnorodnością gatunkową, na uwagę w „Vincent musi umrzeć” zasługuje przede wszystkim szeroka warstwa tematyczna. Szybko orientujemy się, że pozornie absurdalny fabularny punkt wyjścia to pretekst do opowiedzenia o ludzkich lękach i społecznych mechanizmach w stawieniu czoła nieznanemu, a przede wszystkim – o nagłej i destrukcyjnej naturze nieuzasadnionej przemocy. Staje się to zwłaszcza czytelne w drugiej połowie, gdy w filmie coraz mniej jest humoru, a charakter całości staje się znacznie bardziej poważny i brutalny. Trudno nie zauważyć tu odniesień do francuskich i europejskich nastrojów politycznych czy – idąc bardziej oczywistym skojarzeniem – sytuacji pandemii, która, podobnie jak nagła przemoc w dziele Castanga, wzięła cały świat z zaskoczenia i zmusiła społeczeństwo do wypracowania nowych sposobów radzenia sobie z nieznanym. A jak pokazuje „Vincent musi umrzeć”, radzić możemy sobie na wiele sposobów – zwalczając ogień ogniem, dążąc do odkrycia logicznych przyczyn, czy… łącząc siły z ukochaną osobą.

„Vincent musi umrzeć” to sprytnie napisana produkcja, która oferuje interesującą, odświeżającą perspektywę na społeczeństwo, będąc przy tym jednocześnie idealnym przykładem rozrywkowego i łatwego w odbiorze kina gatunkowego. I choć film zdecydowanie cierpi na syndrom zbyt wielu zakończeń i nieco dłużyzn, dopasowany aktorski duet w połączeniu z dowcipnym scenariuszem z całą pewnością składają się na interesujący, zaskakujący i wartościowy seans.

Ocena: 7/10

Przeczytaj również: Zazdrość o poprawność. „Amerykańska Fikcja” [RECENZJA]

Podobał Ci się artykuł? Udostępnij!

Facebook
Twitter
Pocket
0 0 votes
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

O Autorze

Robert Solski

Robert Solski

Student czwartego roku polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim i eskapista, który tak samo jak filmy pożera książki, a ostatnio też coraz częściej gra – i wirtualnie, i planoszowo. Stara się oglądać jak najwięcej kina niezależnego, usilnie jednak przeszkadza mu w tym słabość do blockbusterów i seriali. Lubi pisać o wszystkim, co go otacza – zwłaszcza o popkulturze.

Kategorie

Rodzaje Wpisów

Najnowsze Wpisy