Kącik Popkultury

Fantastyczne zwierzęta: Sekrety Dumbledore’a [RECENZJA]. Powrót do świata magii i czarodziejstwa

„Tajemnice Dumbledore’a” – trzecia część „Fantastycznych zwierząt”, spin-offowej serii służącej jako pierwsza filmowa próba ekspansji Świata Magii (Wizarding World) znanego z kultowego już „Harry’ego Pottera” – nie miała prostej drogi na ekrany kinowe. Film napotkał masę przeszkód na drodze do realizacji, a jego problemy zaczęły się już na etapie premiery poprzedniej części serii, „Zbrodni Grindelwalda”. Kontynuacja „Fantastycznych zwierząt i jak je znaleźć” została chłodno przyjęta zarówno przez fanów uniwersum, „niedzielnych widzów” jak i krytyków, słowem; kierunek obrany przez serię nie przypadł do gustu niemal nikomu. Warner Bros. nie poddało się jednak i po masowej krytyce, która uderzała w dużej mierze w nieporadność scenariusza, zdecydowało się do realizacji trzeciej zatrudnić współscenarzystę – pracującego już wcześniej przy filmowych „Harrych Potterach” Steve’a Klovesa – który to miał od tej pory nadzorować skrypt pisany wcześniej wyłącznie przez autorkę oryginalnych książek, J.K. Rowling. To spowodowało pierwsze, aczkolwiek niewielkie przesunięcie planowanej na 2020 rok premiery „Fantastycznych zwierząt 3”. Następnie – na skutek medialnego skandalu – nastąpiło zwolnienie z obsady wcielającego się w Grindelwalda Johnny’ego Deppa, co wymusiło na twórcach szybkie znalezienie zastępstwa, co z kolei pokryło się z pamiętnym wybuchem globalnej pandemii – pandemii, która to, jak w przypadku większości blockbusterów, znacznie przedłużyła czas trwania okresu zdjęciowego. I gdy już zdawało się, że film jest na ostatniej prostej do bezproblemowej premiery, na krótko przed wejściem trzecich „Fantastycznych zwierząt” do kin wybuchł w internecie kolejny miniskandal, tym razem dotyczący odtwórcy jednej z głównych ról, Ezry Millera; aktor na początku kwietnia został aresztowany za rozboje i zakłócanie mienia. Dodajmy do tego wszystkiego fakt, że „Tajemnice Dumbledore’a” – jako trzecia z planowanych pięciu odsłon nowego kinowego cyklu Wizarding World – postawiła sama przed sobą niezwykle ambitne zadanie opowiedzenia spójnej historii z szeregiem wprowadzonych już wcześniej i nowych postaci, jednocześnie łącząc beztroskie przygody Newta Scamandera i jego przyjaciół z narastającym politycznie konfliktem na linii czarodzieje-niemagowie-Grindelwald. Czy to brawurowe założenie miało prawo się udać? Nie da się ukryć, że „Secrets of Dumbledore” mieści w sobie bardzo dużo historii jednocześnie – lecz czy którakolwiek z nich ma coś ciekawego do powiedzenia? Słowem – czy świat magii i czarodziejstwa Rowling ma coś jeszcze nowego do zaproponowania widzom, czy mamy do czynienia wyłącznie z odcinaniem kuponów od znanej marki? 

Zacznijmy jednak od początku, czyli w tym wypadku… dosłownie od początku, mianowicie: od dwóch scen otwierających, które dla narracji całego seansu okazują się niezwykle znamienne. Scen, które już w pierwszych minutach najdłuższego dotychczas filmu z serii podejmują próbę zrównoważenia wspomnianych wcześniej proporcji i ustanowić ton obrazu jeszcze przed wyświetleniem planszy tytułowej. Z jednej strony mamy do czynienia z (bardzo zresztą udaną) próbę przybliżenia widzom na nowo odgrywanej przez Jude’a Lawa postaci Albusa Dumbledore’a i jego relacji z Grindelwaldem, z drugiej – śledzimy wyprawę magiozoologiczną Newta (Eddie Redmayne), w trakcie której młody czarodziej usiłuje zjednać sobie kolejne już z kolei fantastyczne zwierzę. Charakter tej drugiej sceny nijak jednak się ma do beztroskiego, humorystycznego klimatu, który towarzyszył podobnym wyprawom bohaterowi w „Fantastycznych zwierzętach i jak je znaleźć”, co doskonale odzwierciedla powagę sytuacji, w jakiej znaleźli się wszyscy dotknięci wydarzeniami ze „Zbrodni Grindelwalda” bohaterowie. Twórcy jednocześnie znaleźli też sposób na nadanie większej fabularnej roli tytułowym fantastycznym bestiom, przez co nie służą już one tylko jako przygodowy przerywnik (i – zdaniem wielu widzów – zwyczajnie nieadekwatny tytuł dla serii), lecz stają się integralną częścią prezentowanej historii. Tym samym zarówno pierwsza scena z Dumbledore’em i Grindelwaldem, jak i druga z Newtem są do siebie bardzo tonacyjnie podobne; dochodzi tu do ujednolicenia ścieżki narracyjnej nieco odrębnie wektorowych dotychczas wątków. Wspomniane sceny zapowiadają również najmroczniejszy dotychczas film serii, która to – na wzór „Harry’ego Pottera” – dorasta razem z widzem i sukcesywnie, z części na część, uderza w coraz mocniejsze fabularnie akcenty. W „Tajemnicach Dumbledore’a” pełno jest okrucieństwa, intryg i polityki, a elementy te skutecznie wypychają atmosferę beztroski. Można by postawić sobie pytanie – czy nie dzieje się to jednak zbyt szybko, zważywszy na fakt, że w analogicznie rozwijającej się serii o przygodach młodego czarodzieja twórcy dali sobie więcej czasu na wprowadzenie mroku? Zdecydowanie nie; „Fantastyczne zwierzęta 3” to film zgoła odmienny od swoich poprzedników i oddzielający się od przygód Harry’ego grubą kreską. Twórcy udowadniają, że mają wyraźną koncepcję na kształt swojej historii i w trzeciej części serii dają tego najwyraźniejszy dotychczas wyraz. Jesteśmy w Europie lat 30. pełnej napiętych politycznie nastrojów, a jeden z najgroźniejszych czarodziejów w historii szykuje się do wypowiedzenia międzyrasowej wojny – ciężko znaleźć tu powody do radości, z czego bohaterowie i ich twórcy doskonale zdają sobie sprawę. Powoduje to, że „Tajemnice Dumbledore’a” to jednocześnie najbardziej spójny film z dotychczasowych, i choć prywatnie moje serce mocniej bije do sielankowego pokemon huntu z jedynki, nie sposób nie docenić pewności siebie, z jaką trzecie „Zwierzęta” ustanawiają fabularną drogę dla (wciąż, niestety, jeszcze niepewnej) przyszłości tej kinowej francyzy.

A jak przedstawia się wspomniana droga? Ekscytująco – i to z co najmniej kilku powodów. Pierwszym z nich jest odwołanie do oryginału – „Tajemnice Dumbledore’a” to spora gratka dla fanów książek, gdyż pewne wątki i wydarzenia wspomniane już w „Insygniach śmierci” (takie jak tytułowe tajemnice i przeszłość samego Dumbledore’a) w końcu przenikają z książkowej do filmowej serii. Scenarzystka umiejętnie czerpie ze swojego dotychczasowego dorobku i nienachalnie go rozwija, nie budując swojej fabuły na tanich plot twistach (jak pewne niechlubne flashbacki ze „Zbrodni Grindelwalda”). Zamiast tego Rowling decyduje się sięgnąć po swoje oryginalne pomysły i w końcu daje im odpowiednio wybrzmieć, umieszczając je w dogodnym fabularnym kontekście. Najlepszym na to przykładem jest oczywiście rozwianie wszelkich wątpliwości odnośnie do charakteru relacji Dumbledore’a z Grindelwalde, która to staje się pewnego rodzaju siłą napędową osi fabularnej. W momencie, gdy kino mainstreamowe PG-13 – a przede wszystkim to spod szyldu Disneya – gimnastykuje się, jak może, żeby nie nazywać zbyt bezpośrednio przypadków inkluzywności, Warner Brosowi należy się duży szacunek za nieowijanie w bawełnę; słowa, które powinny paść w końcu padają, co jest jednocześnie dużym hołdem dla materiału źródłowego. Dla uważnych czytelników końcowych części „Harry’ego Pottera” nie będzie to żadna niespodzianka – tym bardziej dobrze, że pewne niedopowiedzenia w końcu znalazły swoje rozwinięcie w ekranizacjach.

„Fantastyczne zwierzęta 3” to również – mimo kilku potknięć – zdecydowanie najbardziej dopracowana część serii pod kątem scenariusza. Nie dziwi mnie krytyka, która uderza w jego konstrukcję – jasne, scenariopisarstwo Rowling nadal pozostawia sporo do czynienia, zwłaszcza jeśli chodzi o kompozycję i budowę aktową, której zdecydowanie bliżej do dzieła literackiego, niż filmowego. Pisarka często zapomina również o zasadzie „show, not tell” i za bardzo polega na dialogach i monologach, zamiast przedstawić nam ważne wydarzenia bezpośrednio. Finalnym – i najbardziej trafnym z zarzutów stronę pisarki – jest zbyt nadmierne nagromadzenie wątków i bohaterów, którym – mówiąc kolokwialnie – ciężko w każdym momencie trwania seansu „znaleźć coś ciekawego do roboty”. To niestety spora prawda i największy minus opisywanego filmu, który usiłuje ciągnąć zbyt wiele srok za ogon i niby sprawia wrażenie, że fabuła pędzi na złamanie karku, po czym zdarzają mu się przestoje i dłużyzny. Umniejszona zostaje rola chociażby takiej Tiny, co twórcy próbują zakamuflować wprowadzeniem trzech bohaterów na jej miejsce; jednocześnie ulubieniec fanów i naczelny comic relief serii, Jakub Kowalski, ma rolę większą niż kiedykolwiek wcześniej – i… fajnie, ale widać jak na dłoni, że dzieje się to kosztem innych wątków. Pod wpływem scenariuszowej nieporadności cierpią również wydarzenia z poprzednich części, które nigdy nie zostają odpowiednio między bohaterami przepracowane – znamiennym i najbardziej bolesnym przykładem jest sytuacja śmierci Lety Lestrange, która – jako główny prowodyr dynamiki na linii Newt-Tezeusz – zdecydowanie powinna powrócić niejednokrotnie w prowadzonych rozmowach. Ale dlaczego, mimo tych wszystkich minusów, nazywam ten film najbardziej dopracowanym scenariuszowo z dotychczasowych? Z prostego powodu, do którego nawiązałem już wcześniej – w końcu odpowiednio wyczuwalna jest tutaj stawka, o którą toczy się fabuła. Polityka w Wizarding World pozostawia sporo do życzenia, ale po raz pierwszy dano jej jakąś namiastkę głosu. Widzimy, jak postać Grindelwalda oddziałuje nie tylko na bezimienny tłum, ale i jak umiejscawia się w panującym systemie – systemie, który po raz pierwszy odsłania się przed widzem w pełni. I to na oczach widza właśnie bezpośrednio toczą się gry polityczne i mają miejsce intrygi, które do tej pory w ogóle w tej serii nie występowały, a zdecydowanie ją wzbogacają. Nie każdemu przypadnie to do gustu, lecz ciężko odciąć się od takich wątków, gdy fabuła zaczyna doganiać znaną nam historię lat trzydziestych. Rowling wykazuje też dużą sprawność w jednostkowym rozwoju bohaterów – Albus Dumbledore, który wiedzie tutaj prym, zarysowany zostaje doskonale i chce oglądać się go tylko więcej. To, oczywiście, głównie zasługa rewelacyjnego castingu, ale tragizm jego postaci również został przez autorkę dobrze uchwycony. Ciężko mi w tym momencie wyobrazić sobie tę serię bez wprowadzenia postaci młodszego Dumbledore’a, która przejmuje dużą dozę fabularnych skrzypiec – mimo całej mojej sympatii do Newta i spółki. Jude Law to świetny nabytek dla serii, a jego postać wprowadza świeżą dramaturgię i sentymentalizm; cechy, których w pierwszych dwóch częściach „Fantastycznych zwierząt” zdecydowanie zabrakło.

Cała obsada spisuje się zresztą świetnie. Eddie Redymayne jako Newt jak zwykle kradnie każdą scenę (choć, niestety, trochę stracił na ograniczeniu jego interakcji z Tiną), Kowalski Dana Foglera niezmiennie bawi i nigdy nie wpada w karykaturę, a Ezra Miller – w roli nieco odmienionego Credence’a – wciąż dobrze spisuje się w roli niejednoznacznego, szukającego zrozumienia antybohatera. W pamięć zapada też z pewnością występ nowej w serii profesor Hicks (Jessica Williams) i brata Albusa, Abelfortha (Richard Coyle). Na szczególne wyróżnienie obok Jude’a Lawa zasługuje jednak przede wszystkim Mads Mikkelsen jako Grindelwald, który to zastąpił wcielającego się w poprzednich dwóch filmach w tę rolę Johnny’ego Deppa. Jego wyrachowana i chłodna interpretacja głównego antagonisty filmu wypada tutaj znakomicie oraz doskonale współgra ekranowo z Lawem. I nie podkreślam tego dlatego, żeby umniejszyć wcześniejszy wkład Deppa w rolę – a bardziej z radości, że film nic nie stracił na tym głośnym swego czasu recaście. Zarówno Colin Farrell, Johnny Depp jak i Mads Mikkelsen dodali do tej roli dużo od siebie i każdy z tych aktorów to jeden z większych plusów filmu, w którym wystąpili.

Film nie uchronił się jednak od kilku znaczących wad. Tezeusz Scamander (Callum Turner) nadal zdaje się być postacią wprowadzoną bez większego powodu, średnio przekonuje mnie również fabularna rola Yusufa Kamy (William Nadylam) i Queenie (Alison Sudol). Niektóre z wątków pozostawiają również sporo do życzenia, jeżeli chodzi o ich konkluzję – pozostaje nadzieja, że zostaną one podjęte na nowo w ewentualnych kontynuacjach. Mam również zarzuty do sprawującego pieczę nad serią już od ponad dekady Davida Yatesa, który… spisuje się dobrze i tylko dobrze; „Fantastyczne zwierzęta” mogłyby w przyszłości bardzo skorzystać na wizualnym i narracyjnym odświeżeniu w postaci nowego reżysera, który nie bałby się trochę poeksperymentować, modyfikować dany scenariusz i zaproponować własną wizję dynamiki między poszczególnymi bohaterami. Według oryginalnego planu – jeżeli „Tajemnice…” dobrze poradzą sobie w box-office – czekają nas jeszcze dwa filmy w serii; nic nie stoi na przeszkodzie, by nadać im nieco większe urozmaicenie, a może całkowicie z tego jednolitego planu zrezygnować i jedną z kontynuacji poświęcić Newtowi, a drugą w pełni Dumbledore’owi w starciu z Grindelwaldem? Możliwości jest dużo – tak samo jak miejsca dla nowych filmowców, którzy mogliby wprowadzić do Wizarding World jeszcze sporo nowych, ekscytujących elementów.

Podsumowując – „Sekrety Dumbledore’a” to świetna kontynuacja, która zmazała niemal wszystkie grzechy swojego poprzednika i wyszła obronną ręką z przepełnionej postaciami i wątkami sytuacji fabularnej. Być może brakuje w niej świeżości, lecz twórcy doskonale wiedzą, do czego dążą i wyprowadzają serię na prostą – a już jej przyszłość pokaże, czy odpowiednio z tego skorzystano. To film poważny i tematycznie dosyć ciężki, ale nie brak w nim satysfakcji płynącej z interakcji między bohaterami i rozwoju czarodziejskiego lore’u. To również film, który dosyć mocno polega na swoich aktorach, a oni – jak zwykle – nie rozczarowują, wręcz przeciwnie: ich kreacje na etapie trzeciego filmu przekonują jeszcze bardziej, niż wcześniej. I mimo kilku potknięć szkoda by było, jakby zakulisowe problemy wpłynęły zbyt mocno na odbiór „Tajemnic Dumbledore’a”, bo to chyba najlepsze kinowe przeżycie dla fanów „Harry’ego Pottera” od czasu „Insygniów śmierci” i film, na który zdecydowanie warto było poczekać nieco dłużej. Magia w tej serii wciąż jest obecna i „Fantastyczne zwierzęta” tym samym udowadniają, że mają jeszcze sporo do zaoferowania – warto dać im szansę, nawet jeżeli poprzednia odsłona skutecznie was do tego zniechęciła.

8/10

Podabał ci się artykuł? Udostępnij

Facebook
Twitter
Pocket
0 0 votes
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

O Autorze

Robert Solski

Robert Solski

Student czwartego roku polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim i eskapista, który tak samo jak filmy pożera książki, a ostatnio też coraz częściej gra – i wirtualnie, i planoszowo. Stara się oglądać jak najwięcej kina niezależnego, usilnie jednak przeszkadza mu w tym słabość do blockbusterów i seriali. Lubi pisać o wszystkim, co go otacza – zwłaszcza o popkulturze.

Kategorie

Rodzaje Wpisów

Najnowsze Wpisy