Kącik Popkultury

Szukaj
Close this search box.

How to Have Sex – czy aby na pewno „tak to robią dziewczyny”? [RECENZJA]

Odnoszę wrażenie, że w ostatnim czasie inicjacyjne historie o nastolatkach skręcają głównie w dwie skrajnie odmienne od siebie ścieżki. Pierwsza z nich – deptana przez „Euforię”, a wcześniej np. przez „13 powodów” – składa się z opowieści, które co prawda bardzo obrazowo dotykają wielu istotnych kwestii związanych z dorastaniem, lecz nieco zbyt szybko upodabniają swoich bohaterów do młodych dorosłych, przez co historie te zbyt szybko tracą młodzieńczą energię i stają się generycznym dramatem obyczajowym. Druga ścieżka – reprezentowana chociażby przez „Sex Education” czy „End of the Fucking World” – stawia z kolei na konwencję pełną ironii i samoświadomości, co często jest atrakcyjne na początku, ale w szerszej perspektywie pozbawia te produkcje emocjonalnego oddźwięku. Prowadzi to do sytuacji, że gdy w historiach tych zaczyna zanikać humor, to całość momentalnie staje się mniej atrakcyjna i zmierza ku nijakości. Brakuje mi w tym wszystkim złotego środka – filmów lub seriali, które sprawnie połączyłyby obie te perspektywy, zachowując przy tym charakterystyczną dla gatunku młodzieżowego lekkość. Czy właśnie takim filmem jest „How To Have Sex”? Poniekąd (przynajmniej pierwsza połowa), co nie zmienia faktu, że reżyserce Molly Manning Walker zdarzają się charakterystyczne dla debiutantki potknięcia. Oceniam tegorocznego zwycięzcę canneńskiej sekcji Un Certain Regard, którego na ekrany polskich kin wprowadził Gutek Film.

Uwaga – recenzja co prawda nie zawiera spoilerów stricte fabularnych, ale w przypadku filmu tak bardzo opierającego się na poruszanych przezeń tematach uznałem, że nie sposób jest rzetelnie o nim mówić bez przybliżenia nieco szerszej kilku z nich. Ci z was, którzy nie lubią wiedzieć za dużo o filmie przed seansem, mogą uznać to za zepsucie zabawy, ale zdecydowałem się na to, aby zachować rzetelność wypowiedzi i zaproponować opinię nieco bardziej konkretną, niż bazującą na słowach kluczach. Podsumowując: nie spoileruję fabuły, ale zdradzam tematykę nieco szerzej, niż materiały promocyjne.

Historia koncentruje się na trzech przyjaciółkach – Tarze (Mia McKenna-Bruce), Skye (Lara Peake) i Em (Enva Levis) –  które w ramach wakacji wybierają się do upalnej Grecji. Przyświeca im jeden cel: oddać się bezgranicznej zabawie pełnej clubbingu i alkoholu, która służy im jako potrzebna chwila wytchnienia po napiętym, ostatnim roku szkoły średniej. W ośrodku turystycznym dziewczęta szybko załapują kontakt z Badgerem (Shaun Thomas) i Paddym (Samuel Bottomley), po czym zaczynają imprezować z nowymi znajomymi do upadłego – tak, jakby jutra miało nie być. Wakacje służą im bowiem jako moment przejściowy między życiem nastoletnim, a dorosłym – po powrocie każda z dziewcząt zmuszona będzie zmierzyć się z wynikami egzaminów końcowych, od których (a przynajmniej tak myślą) zależy ich przyszłość. Dodatkowo Tara wiąże z grecką wycieczką również dodatkowe plany – pod namową przyjaciółek dziewczyna zaczyna dążyć do utraty dziewictwa.

Mia McKenna-Bruce (Tara) oraz Shaun Thomas (Badger)

Fabuła – zdawałoby się – jakich wiele. Opowieści związane z inicjacją seksualną towarzyszą kinu młodzieżowemu od zawsze, czego przykładem są chociażby wymienione wcześniej produkcje królujące na platformach streamingowych. Jaki pomysł na swoją opowieść coming of age ma więc reżyserka „How to Have Sex”, aby wnieść do gatunku coś świeżego? Nie musimy się nad tym długo zastanawiać, ponieważ Molly M. Walker dosyć szybko odkrywa przed widzem narracyjne karty. Jej historia to bowiem przykład produkcji, która stawia wyraźną cezurę pomiędzy filmem beztroskim, a zaangażowanym społecznie – cezurę przebiegającą mniej więcej w połowie metrażu. Obraz, który początkowo sprawia wrażenie wakacyjnego odcinka „Skins” pełnego elektronicznej muzyki i spoconych tańcem ciał, płynnie przechodzi w ciężką tematycznie opowieść o młodych dorosłych, którzy muszą zmierzyć się z straconymi złudzeniami na temat elementów dorosłego życia. Seks to tylko jeden z nich, choć wyraźnie on i wszystkie kwestie z nim związane odgrywają w filmie kluczową rolę za sprawą losów głównej bohaterki, Tary. To właśnie ona, chcąc mieć za sobą swój pierwszy raz, zmierzy się z konsekwencjami społecznej presji dotyczących seksualnej inicjacji. Czy jednak aby na pewno – cytując polski tagline „How to Have Sex” – „tak to robią dziewczyny”?

Mam wrażenie, że nie do końca. Dlaczego? Teoretycznie wszystko jest tu na swoim miejscu. Film Walker porusza wiele interesujących tematów, takich jak kategoria zgody w kontaktach seksualnych, szanowanie wzajemnych granic, niebezpieczeństwa wynikająca z braku asertywności, ciche przyzwolenie na krzywdę innych czy przepracowanie ciężkich doświadczeń związanych z młodzieńczymi relacjami, które rozwijają się w innym kierunku niż pożądany. I wiele z tych treści wybrzmiewa tu naprawdę dobrze i odpowiednio dobitnie, w czym duża zasługa świetnej roli Mii McKenny-Bruce, znanej chociażby z netfliksowych „Perswazji”, która doskonale uosabia na ekranie poczucie dziewczęcego stłamszenia wobec męskiego opresora. Ogólnie cała obsada spisuje się naprawdę dobrze i przekonująco – obok głównej roli wyróżnienie należy się również m.in. Shaunowi Thomasowi, którego rola Badgera subtelnie, ale wyraźnie portretuje nastolatka o dobrym sercu, ale zgubionego przez nadmierny brak pewności siebie i poczucie męskiej służebności wobec toksycznego przyjaciela, Paddy’ego. Na plus (a przynajmniej do pewnego stopnia) jest również wydźwięk końcowy, w którym zdaje się, że dziewczyńska przyjaźń i poczucie solidarności mogą przetrwać próbę czasu, nawet mimo zbliżającego się wielkimi krokami życiowego rozwidlenia dróg dla każdej z głównych bohaterek.

Dlaczego „tylko do pewnego stopnia”? Mam wrażenie, że „How to Have Sex” jest na tych wszystkich polach nieco zbyt subtelne, przez co scenariuszowa ciężkość tematyczna nie znajduje swojego odzwierciedlenia na ekranie. Film bardzo chce opowiedzieć jak najwięcej, ale za bardzo popada w pułapkę bycia kolejnym obrazem niezależnym, który jest w swoim przekazie tak nienachalny, że aż przezroczysty. To cecha często towarzysząca debiutom, których twórcy nie wypracowali sobie jeszcze odpowiednich mechanizmów narracyjnych, aby w pełni urzeczywistnić swoją wizję – i w moim odczuciu tak jest również w tym przypadku. Produkcji nie pomaga wspomniana przeze mnie wyżej cezura, która sprawia, że druga połowa czasu trwania upływa pod znakiem jednego konkretnego wątku i perspektywy, przez co film traci charakterystyczną dla pierwszej połowy energię. Oczywiście, ma to swoje uzasadnienie fabularne i powoduje, że wątek Tary (podkreślę ponownie – świetnie odegranej przez Mię) nabiera napięcia i pesymizmu, co w przypadku takiej, a nie innej fabuły jest zwyczajnie wartościowe i społecznie potrzebne – lecz ta decyzja artystyczna powoduje jednocześnie, że „How to Have Sex” rozwadnia swoje pierwotne założenia. Ostatecznie więc debiut Walker, zamiast bycia filmem o – cytując dystrybutora – female gaze, girl power i dojrzewaniu całej generacji Z – jest po prostu solidną historią o tragedii jednostki; jednostki, która została zbyt szybko i wbrew własnej woli wpędzona w te rejony dorosłego życia, które nie mają nic wspólnego z beztroskim odpoczynkiem w słonecznej scenerii.  Cała reszta, mimo że jest zaakcentowana, zbyt szybko się rozmywa, co nie dziwi przy tak krótkim (90 minut) metrażu.

Taraz oraz Em (Enva Levis)

A wracając do polskiego tagline’u – mam wrażenie, że jest kompletnie nietrafiony i niesmaczny. Zachęcanie do seansu „How to Have Sex” hasłem „tak to robią dziewczyny” mija się kompletnie z przekazem filmu i z tym, jakie porusza tematy, co może mu zaszkodzić w warstwie promocyjnej. Oczywiście marketing ma różne oblicza i nie jest to pierwszy przypadek, gdy produkcja okazuje się ostatecznie czymś zupełnie innym, niż początkowo na to wskazywało. W tym wypadku uderzyło mnie to jednak do tego stopnia, że nie mogę przejść obojętnie obok tak dużego rozdźwięku między materiałem promocyjnym, a produktem końcowym. Wydaje mi się wysoce niewłaściwe, aby film opowiadający w dużej mierze o ofierności młodych kobiet wobec mężczyzn promować hasłem, który sprawia wrażenie, jakby bohaterki „How to Have Sex” same były inicjatorami przykrych dlań wydarzeń. Cytując oficjalny opis dystrybutora: „Manning Walker doskonale wykorzystuje female gaze i tworzy pełen empatii wiarygodny portret dziewczyńskości. W końcu girls just wanna have fun!” – naprawdę mam wątpliwość, czy posługiwanie się hasłem girls just wanna have fun jest tutaj adekwatne. Na szczęście inne działania promocyjne wokół filmu są już o wiele bardziej trafione i godne pochwały, jak na przykład kampania społeczna o pierwszych doświadczeniach seksualnych realizowana razem z SexEd.pl, czy liczne seanse „How to Have Sex” w całej Polsce wzbogacone o dyskusje ze specjalistami z zakresu psychicznego dojrzewania i seksuologii. Sprawia to, że film może mieć pozytywny, edukacyjny oddźwięk w grupie docelowej i nie tylko, co w kraju, w którym wszelka edukacyjna seksualna ma bardzo trudny prób przebicia, jest tym bardziej wartościowe i społecznie potrzebne.

Ostatecznie „How to Have Sex” to film wartościowy i istotny  – poruszana tematyka nigdy nie przestanie być aktualna, dlatego warto  prezentować ją widowni raz za raz w różnych wariacjach. Jest to jednak jednocześnie również produkcja, która ciągnie zbyt wiele srok za ogon, przez co wydźwięk większości subtelnych wątków rozmywa się, a nacisk – mimo że materiały promocyjne zdają się sugerować inaczej – położony zostaje głównie na dziewczęcym stłamszeniu i niemocy wobec męskiej opresji. Ważne, by o tym opowiadać, zwłaszcza z wykorzystaniem tak utalentowanej obsady młodego pokolenia – chciałbym jednak, by twórcy kina młodzieżowego nie bali się sięgać po więcej, aby takie historie jak ta zaproponowana przez Molly Manning Waker mogły zaoferować swoim odbiorcom również odrobinę nadziei i rozwiązań, zamiast skupiać się wyłącznie na – w tym wypadku – kobiecej krzywdzie. Niby z „How to Have Sex” nieśmiało bije element solidarnego koleżeństwa i wsparcia, ale jest zbyt słabo zaakcentowany, aby odwrócić uwagę od nadmiernego zakotwiczenia w cierpieniu. Współczesne kino zaangażowanie społecznie zwyczajnie stać na więcej.

Ocena: 6/10

Film obejrzeliśmy dzięki uprzejmości dystrybutora, Gutek Film. Nie miało to wpływu na naszą recenzję. „How to Have Sex” dostępne jest w kinach w całej Polsce.

Zobacz również: Stłumione pragnienia. „Oponent” [RECENZJA]

 

 

 

Podobał Ci się artykuł? Udostępnij!

Facebook
Twitter
Pocket
0 0 votes
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

O Autorze

Robert Solski

Robert Solski

Student czwartego roku polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim i eskapista, który tak samo jak filmy pożera książki, a ostatnio też coraz częściej gra – i wirtualnie, i planoszowo. Stara się oglądać jak najwięcej kina niezależnego, usilnie jednak przeszkadza mu w tym słabość do blockbusterów i seriali. Lubi pisać o wszystkim, co go otacza – zwłaszcza o popkulturze.

Kategorie

Rodzaje Wpisów

Najnowsze Wpisy