Kącik Popkultury

Szukaj
Close this search box.

Marcin Franc, czyli polski Andrew Garfield o swojej karierze teatralnej! [WYWIAD]

Marcin Franc polski aktor musicalowy, filmowy, telewizyjny, dubbingowy i wokalista. Dla widzów teatralnych znany z takich produkcji jak: „West Side Story”, „Kopernik” czy „Tik, tik…BUM!”, w telewizji natomiast mogliśmy go zobaczyć m.in. w „Stuleciu Winnych” czy „Hamlecie”. Wszechstronny aktor, którego kariera rozwija się w niesamowitym tempie i zachwyca widzów zarówno na scenie, jak i przed kamerą. Kącik Popkultury miał okazję spotkać się z Marcinem, a efekty naszej rozmowy  prezentujemy poniżej!

Dzisiaj zapraszamy do lektury na temat początków jego kariery oraz historii ról teatralnych, a już jutro zaprosimy Was do przeczytania co Marcin Franc ma nam do powiedzenia o… dubbingu, ponieważ jest on głosem, m.in. Aladyna, Jaskra, a w ostatnim czasie został polskim głosem Timothée Chalameta!

Marcin Franc
zdj. Andrii Rafael

Kącik Popkultury: Jak do tego doszło, że postanowiłeś zostać aktorem?

Marcin Fran: Jak do tego doszło… nie wiem [śmiech]! Moim marzeniem zawsze było aktorstwo. Nawet niekoniecznie śpiewane. Chociaż śpiewałem od dziecka. Odkąd pamiętam, chciałem być aktorem. Pamiętam że już w podstawówce brałem udział w przedstawieniach szkolnych, konkursach piosenki czy interpretacji poezji. 

Kto miał największy wpływ na rozwój Twojej kariery?

Od drugiej klasy podstawówki, zacząłem szkołę muzyczną na fortepianie, później doszły do tego zajęcia taneczne, więc od początku było intensywnie. W gimnazjum poznałem dwie nauczycielki – Elę Gnaś od polskiego i Iwonę Dudzicz od sztuki, które zebrały grupkę ludzi z różnych klas i stworzyły zespół, z którym z początku robiliśmy wieczorki poetyckie, koncerty poezji śpiewanej. Tak powstał zespół G91, z którym przeszliśmy do bardziej popowych, a potem musicalowych utworów. Nazwa zespołu wzięła się od klasy, w której byłem, czyli G oraz najstarszego rocznika, czyli 1991, to z nimi zaczęliśmy robić pierwsze przedstawienia. Pamiętam, że zrobiliśmy musical na podstawie “Romea i Julii” z Buffo w Centrum Kultury i moją pierwszą „dużą” rolą był Romeo. Tak to się zaczęło! 

Od tego czasu zacząłem myśleć bardziej poważnie o tym zawodzie, na konkursach zacząłem zdobywać swoje pierwsze nagrody i wyróżnienia, więc rzeczywiście był jakiś impuls żeby iść w tę stronę. Rodzice, w szczególności mama, nie chcieli żebym szedł w ten zawód, bali się, nie znali go, nigdy nie mieli z nim nic wspólnego, a widzieli w nim niepewną przyszłość. Ale moja determinacja i przede wszystkim pomoc tych moich pań z gimnazjum dały mi pewność, że to jest właściwa droga, dlatego teraz jestem tu gdzie jestem i robię to co robię.

Czy po drodze napotkałeś trudności, które miały wpływ na Twoją drogę ku aktorstwu?

Na każdym roku szkoły muzycznej chciałem ją zostawić! Mama była „bodźcem” do tego żeby nie odpuścić, no i tak skończyłem sześć lat. Sam w życiu bym tego nie zrobił, teraz widzę jak bardzo ułatwia to życie w naszym zawodzie. Dzięki mamo [śmiech]!  Nie chodzi o samo czytanie nut, ale i kształcenie słuchu. Faktycznie ci, którzy mają z tym styczność od dzieciaka mają później łatwiej i to pomaga w pracy nie tylko na scenie, ale i w dubbingu, gdzie słuch muzyczny bardzo się przydaje.

No a największą przeciwnością przed szkołą byli chyba rodzice właśnie i ten ich strach. Więc zawalczyłem wtedy bardzo mocno o siebie. Rodzice zauważyli, że to nie jest żadna fanaberia ani wymysł. Fakt, wtedy nie czułem się jeszcze gotowy na Akademię teatralną, w śpiewaniu czułem się mocny, poza tym kochałem to i nie chciałem się odcinać zupełnie. Na tamten czas idealna okazała się Akademia Muzyczna w Gdańsku. Po zakończeniu nauki poczułem, że niestety po naszej szkole możliwości ograniczone są mocno do teatru muzycznego, więc postanowiłem zrobić jeszcze aktorstwo dramatyczne na Akademii Teatralnej i tak PO PONAD 8 LATACH skończyła się moja przygoda edukacyjna [śmiech].

Marcin Franc
Jako Radames w musicalu „Aida”; zdj. Krzysztof Biliński

 

Co było Twoim pierwotnym planem – dramat czy musical?

Dramat, ale musical na początku drogi bardzo spójnie połączył moje wszystkie pasje w jedną całość. 

Czy myślałeś nad tworzeniem własnych projektów muzycznych?

Nigdy nie ciągnęło mnie do bycia wokalistą. Czasem myślę o tym, chciałbym spróbować, ale jest to inny rodzaj ekspresji artystycznej, który nie jest mi tak bliski. Na scenie pomimo, że obnażam siebie i swoją emocjonalność, to wciąż jestem ukryty gdzieś za postacią. Dla mojego introwertyczno-ekstrawerycznego typu charakteru to jest chyba idealne rozwiązanie. Tworzę postać, dzięki której mogę powiedzieć coś ważnego ale nie sprzedając własnej prywatności. Nie wiem czy to jest tak, że nie chce pisać o sobie, może to po prostu nie jest jeszcze ten czas. 

Zdarzają mi się pomysły na moje własne projekty, ale na chwilę obecną najlepiej czuje się jako aktor, gdy mogę przekuć swoje umiejętności na to w czym czuje się najlepiej. 

Nawet kiedy Aga Przekupień zaprosiła mnie żeby poprowadzić zajęcia na Musicampie to wiedziałem, że będą to zajęcia z aktorstwa, ponieważ w tym czuję się najpewniej i spełniam się najlepiej. Wiem co i jak chcę robić oraz co przekazać tym młodym ludziom. Oczywiście wciąż prowadzę zajęcia wokalne i bardzo to lubię, ale moim konikiem jest aktorstwo.

Myśląc o swojej technice pracy mógłbyś powiedzieć, że wychodząc na scenę zostawiasz Marcina w garderobie i na deski wychodzi tylko wykreowana przez Ciebie postać, czy wciąż towarzyszysz swojemu bohaterowi i jesteś obecny przez cały spektakl?

Dla mnie aktorstwo to jest aktorstwo – to nie ja jestem na scenie i to nigdy nie mogę być ja. Mam takie przeświadczenie, którego nauczyła mnie Agata Duda-Gracz podczas pracy nad moim dyplomem kończącym Akademią Teatralną, że jak zbuduję postać na tyle osobną ode mnie, że będzie to oddzielona istota to będę mógł się czuć bezpiecznie we własnej psychice i będę mógł zostawić problemy postaci na scenie a do domu wrócę jako Marcin. 

Oczywiście trudno czasami nie korzystać ze swoich doświadczeń czy przeżyć, ale staram się stworzyć taki background postaci, że mogę korzystać z jej ułomności, jej niepewności, jej mocnych cech i budować wszystko na niej właśnie. Wtedy czuje się bezpiecznie i ze sobą i z postacią. To jest jednocześnie najciekawsze kiedy taka postać jest jak najbardziej różna ode mnie. 

Często się zdarza, że dostajemy role po warunkach, ale nie zawsze. W moim przypadku największym odejściem od mojego charakteru był chyba Radames z musicalu „Aida”, w którego tworzeniu bardzo pomogły mi narzędzia, które dostałem od Agaty podczas naszej współpracy. Ale im więcej mam doświadczenia i spotykam różnych ludzi, z różnymi spojrzeniami, szkołami, widzę, że to nie jest rozwiązanie i metoda na wszystko i dla wszystkich, bez wątpienia jednak dobrze mieć takie podstawy, z których zbudujesz sobie swoją własną metodę.

Masz już na swoim koncie bardzo wiele różnorodnych postaci. Jak udział w castingach i otrzymywanie tak różnych ról wpływa na Ciebie jako na aktora?

Bardzo łatwo w naszym zawodzie jest wpaść do szuflady, ja przychodząc do Romy chciałem castingować się do roli Jana w „Pilotach”, ale komisja widziała głównie mój zbyt młody wiek i z jakiegoś powodu twierdziła, że jestem zabawny [śmiech] więc przydzielono mi Stefana. Ja w tym czasie uważałem, że kompletnie nie umiem być śmieszny na scenie. To się zmieniło. Tak samo jak to, że myślałem, że nie nadaje się do konferansjerki, a teraz w „Tik, tik… BUM!” prowadzę ponad półtoragodzinny spektakl w którym jestem swego rodzaju stand-uperem, więc to wszystko zmienia się bardzo dynamicznie. 

Doświadczenie teatralne i role, które otrzymałem, bardzo mnie rozwinęły, nie tylko zawodowo, ale i prywatnie, więc… na tamten czas na pewno potrzebowałem tego Stefana. 

Jednak wracając do „Aidy”, początkowo podczas castingu zostałem znowu zakwalifikowany do roli śmieszka – Mereba, wtedy wiedziałem, że pora zawalczyć, żeby z tej szuflady wyjść. Powiedziałem, że chcę też przygotować partię Radamesa. Pamiętam, że na przesłuchaniu po zaśpiewaniu songu Radamesa i scenie aktorskiej usłyszałem, że komisja już nie potrzebuje oglądać mojego Mereba, wtedy poczułem, że osiągnąłem swój cel.

Później przyszedł Pomatter, czyli postać, która pomimo tego, że na swój specyficzny sposób miała być amantem to niosła ze sobą ładunek mocno komediowy. Dopiero wtedy naprawdę poczułem, że bycie zabawnym na scenie nie jest mi tak obce jak twierdziłem, że muszę poszukać trochę więcej pewności siebie i nie trzeba robić z siebie idioty żeby widz się śmiał. Co więcej Pomatter okazał się jedną z moich ulubionych postaci, to było zaskakujące odkrycie. Myślałem, że komedia jest mi zupełnie niepotrzebna jako aktorowi, przecież ja chcę „drzeć szaty” na scenie, przeżywać wielkie, trudne emocje i niewątpliwie to nadal we mnie jest, ale zauważyłem, że ludzi ruszają nie tylko tragedie, a oddech jest bardzo potrzebny i mnie.

Marcin Franc
Jako Jon w musicalu „Tik, Tik… BUM!”; zdj. Karol Mańk

W „Tik, tik… BUM! stajesz przed wyzwaniem zmierzenia się nie tylko z twórcą kultowego „Rent, ale i osobami odpowiedzialnymi za wzrost popularności Jonathana Larsona w ostatnich latach, czyli Linem-Manuelem Mirandą i Andrew Garfieldem.

Andrew Garfield zgarnął za tę rolę Złoty Glob! A  jakim fenomenem jest Miranda wszyscy interesujący się musicalem wiedzą. Ponadto uważam, że jest to bardzo dobry film. Celowo nie oglądałem go tuż przed naszą premierą. Natomiast widziałem go wcześniej, kiedy pojawił się na Netflixie i od razu bardzo mi się spodobał. Niestety musicale w kinematografii są traktowane trochę po macoszemu. Na przykładzie „Wonki” zauważyłem, że twórcy nie reklamują musicalu jako musical. W trailerach nie pojawiały się piosenki. Później przeczytałem jakiś zagraniczny artykuł, że jedynym sposobem żeby zachęcić widza do pójścia na musical do kina jest oszukanie go. Myślę, że to nie jest najłatwiejsza forma do przedstawienia na ekranie. Mimo to Miranda odniósł niesamowity sukces. „Tick, tick… BOOM!” było hitem nie tylko komercyjny, ale i artystycznym. To jest po prostu bardzo dobry tekst. Mierzenie się z nim było dla mnie ogromną przyjemnością. 

W tworzeniu roli nie chciałem sugerować się ani Garfieldem ani nikim innym, więc jak już wspomniałem po wynikach castingu nie oglądałem filmu, żeby nie zbudować sobie wyobrażenia jak to ma wyglądać. Jednak niektóre sceny są tak kultowe, jak na przykład „Terapia”, że trudno było się odciąć. Próbowaliśmy podczas prób jak najbardziej odchodzić od oryginału, żeby to nie było tak, że korzystamy z tego co już jest, ale mimo wszystko coś tam ciągnie, żeby iść ku temu co znasz i co jest bardzo dobre. Później, po premierze obejrzałem film jeszcze raz i, o dziwo stwierdziłem, że w wielu momentach nieświadomie zbudowałem w bardzo podobny sposób niektóre elementy swojej roli. Wychodzi na to, że chyba mamy z Andrew podobną wrażliwość [śmiech]!

Tytuł „Tik, tik… BUM!” jest tytułem, w którym Jonathan Larson umieścił siebie i swoją historię, czy z tego powodu podszedłeś do tego tytułu w inny sposób?

Fajnie było móc zobaczyć sobie jego zdjęcia, jakieś nagrania, urywki filmów o nim i mieć tą świadomość, że była to prawdziwa osoba, ale ta postać nie jest w stu procentach Jonathanem Larsonem, to jest postać – Jon, w dużej mierze wzorowany na autorze ale jednak nadal jest to postać. Dlatego nie starałem się oddać go jeden do jednego, ponieważ myślę, że i on nie chciał tego robić.

Jak się czułeś kiedy skończyłeś trzydzieści lat?

Bardzo dobrze! Nigdy nie miałem problemu z wiekiem. Nie czułem czegoś takiego, że zbliżam się do przekroczenia tej magicznej granicy 30-tu lat. Pandemia pozwoliła mi przewartościować wiele rzeczy, dużo sobie poukładałem, ale nie było to związane ze zbliżającymi się urodzinami. Nie miałem takiego poczucia, że coś muszę zrobić, że jestem niespełniony… może dlatego, że na tamten czas czułem się spełniony, ale to też nie jest takie poczucie na stałe, że jestem spełniony do końca. Nie chciałbym chyba dojść do takiego momentu gdzie pomyślę – „tak, zrobiłem już wszystko, mogę umrzeć!”. Jest takie zdanie w „Hamiltonie” z którym chyba trochę się utożsamiam – „I will never be satisfied”, czuję, że nigdy nie będę w pełni zadowolony i nie ma co ukrywać, często jest to przekleństwo, ale i błogosławieństwo. Czuję, że właśnie to pcha nas do przodu, zmusza do kolejnych działań, żeby zawsze być nie do końca usatysfakcjonowanym. Oczywiście należy doceniać i pielęgnować to co się ma, ale również trzeba walczyć żeby chciało się nam robić więcej, żyć bardziej. 

Ja ze swoją trzydziestką nie miałem problemów egzystencjalnych, ale podczas przygotowań do spektaklu dopadł mnie jakiś taki dziwny lęk, którego nigdy wcześniej nie miałem. Nie zastanawiałem się nad tym, że coś się kończy, czegoś jeszcze nie ma a już być powinno, a Larson i jego przemyślenia jednak zasiały mi w głowie taką niepewność… nie wiem, czy jest to długotrwałe. Mam nadzieję, że nie!

Jest to Twoja pierwsza produkcja na Novej Scenie teatru Roma. Do tej pory nie miałeś okazji pracować w tak kameralnym miejscu. Jaka jest różnica pomiędzy tymi dwoma rodzajami scen?

Ogromna! Pierwszy raz mam możliwość robienia spektaklu w tak kameralnej przestrzeni. To jest zupełnie inne doświadczenie i bardzo mi się to podoba. Było to duże wyzwanie, ponieważ nie jestem charakterologicznie przystosowany do bycia wodzirejem, konferansjerem, stand-uperem, to nie jest moja natura, więc musiałem dużo pogrzebać, żeby coś takiego z siebie wykrzesać. Oczywiście, doświadczenie pomogło, ale tu widz jest na wyciągnięcie dłoni a nawet bliżej! Stoję z nim oko w oko! A widz niekoniecznie reaguje tak jakbyśmy sobie założyli, więc musimy się zmierzyć z różnymi emocjami. Najfajniejsze jednak jest to, że ten dialog z widzem, jaki by nie był, jest! Każdy spektakl go wytwarza, a ten tytuł szczególnie jest oparty na rozmowie. Jeszcze nigdy nie czułem potrzeby widza tak bardzo, kontaktu z nim, dialogu, nawet bez słów a może właśnie szczególnie gdy tych słów nie ma!

Marcin Franc
Jako Stefan w musicalu „Piloci”; zdj. Karol Mańk

Wracając już do wspomnianych „Pilotów”, którzy byli Twoim debiutem na deskach TM Roma. Wiedząc, że temat II Wojny Światowej jest niezwykle ważny w Polskim społeczeństwie – czy czułeś presję mogąc tworząc postać polskiego lotnika od podstaw? 

Nie mam czegoś takiego i myślę, że gdyby aktorzy mieli podchodzić do ról w ten sposób, że są one obarczone ogromnym brzmieniem historycznym to konstruktywna praca byłaby praktycznie niemożliwa. Chciałem stworzyć postać młodego chłopaka, który miał wspaniałych przyjaciół, kochał, chciał się bawić, oczywiście chciał  ratować swój kraj, ale przede wszystkim chciał żyć. Czy czuł powołanie, aby podjąć walkę? Pewnie trochę tak, ale myślę, że poszedł bardziej za przyjaciółmi. W grupie ta odpowiedzialność zbiorowa jest trochę inna i łatwiej jest podjąć tak duże decyzję. 

Jako postać chciałem przekazać właśnie to, oczywiście jako aktor mam świadomość jaka historia za tym idzie i o czym opowiadamy, jednak to wszystko wychodzi jedno z drugiego. Wszystko na scenie pracuje na konkretny efekt, który ma się odbić na widzu. Moja postać jest tylko jednym z przekaźników, które reżyser wykorzystuje do opowiedzenia całości. 

„Waitress” i „Next to Normal” to również są tytuły traktujące o trudnych tematach społecznych.

Zdecydowanie! Każdy w inny sposób ale każdy jest wartościowy. „Next to Normal” jest w ogóle jednym z najmądrzejszych spektakli w jakich grałem. Jest to coś zupełnie innego. Długo nie robiło się musicali o chorobach psychicznych. Dzięki temu tytułowi, który dostał nagrodę Pulitzera, nie za musical, a sztukę, powstały takie spektakle jak: „Dear Evan Hansen”, „Fun Home”, a teraz ostatnio „Little Big Things”. 

Niesamowite, że musical zaczyna poruszać tak niszowe tematy. Jest to gatunek, który z założenia miał być czymś wielkim, spektakularnym i miał bawić, a teraz zaczyna pokazywać swoją drugą twarz, co zresztą widać było już w „Rent” Larsona, później przyszło wspomniane „Next to Normal”. 

Taki kult mądrych spektakli zaczyna mocno wybijać się za granicą, ale powoli przychodzi również do Polski. A widz jest różny, szuka różnorodności. Jeden chce refleksji, a drugi po prostu świetnej zabawy. I taki powinien być teatr – różny!

Jak z perspektywy aktora odbierasz różnice między systemem broadwayowskim (granie jednego tytułu na danej scenie do czasu utrzymania zainteresowania widzów), a systemem repertuarowym (wiele tytułów na jednej scenie granych w tzw. „setach”)?

Nie wiem ile bym wytrzymał w systemie broadwayowskim ale coraz częściej zauważam jego plusy. Myślę, że oczywiście jest to bardzo trudne przychodzić codziennie do teatru i grać jeden spektakl, ale z drugiej strony dzięki temu zaczyna się zupełnie inaczej podchodzić do postaci, którą się kreuje. Zna się ją już na tyle, że nie zastanawiasz się nad tekstem czy choreografią. W pewnym momencie zaczynasz szukać sposobów żeby ta postać żyła jeszcze bardziej. To już nie jest tak, że jedziemy do trzech różnych teatrów i na szybko przypominamy sobie co zrobiliśmy kilka czy kilkanaście miesięcy temu żeby zagrać kilka kolejnych spektakli. Dla aktora też jest to stres, powrót po długim okresie niegrania tytułu, mało czasu na wznowienie, a my też jesteśmy tylko ludźmi. Natomiast w systemie broadwayowskim kiedy grasz ten jeden tytuł, nie masz oderwania od tematu, naprawdę możesz odszukać w postaci wszystko. W pewnym momencie, co nieuniknione, zaczynasz się nudzić tym co zbudowałeś i szukasz czegoś innego. Spektakl cały czas żyje! I to nie jest tak, że mój Radames nagle będzie zupełnie inny, bo szkielet postaci zbudowany podczas prób jest ten sam, ale mój bohater zmieni się na pewno, bo ja dzisiaj nie jestem już tym samym mną, sprzed kilku lat, kiedy zaczynałem budować tę postać. To co się dzieje w moim otoczeniu, czy w moim życiu prywatnym ma przełożenie na to co widzimy na scenie. Ale nie powiedziane, że moje spojrzenie na schemat, według którego pracuje się za granicą nie byłoby inne gdybym rzeczywiście przez trzy lata pograł sobie jeden tytuł. W Romie grając rolę mamy tylko namiastkę tego, bo nawet na dużej scenie nigdy nie jesteśmy potrzebni na sto procent spektakli. Możemy zrobić coś jeszcze, coś innego. Myślę, że zmiany też są potrzebne, żeby nie zwariować. 

Jaki tytuł byś z chęcią zobaczył w Polsce i w jaką rolę chciałbyś się wcielić?

Uwielbiam Szekspira i myślę, że chciałbym się sprawdzić w czymś od niego, iść w coś co jest bardziej dramatyczne, choć z drugiej strony teatralnie czuję się już dosyć mocno usatysfakcjonowany. Miałem taki okres, w którym bardzo chciałem zagrać jakąś rolę, np. Evana w „Dear Evan Hansen”, ale jakoś ten tytuł nie może dotrzeć do Polski. 

Nie mam już takich marzeń, że koniecznie muszę coś zagrać. Jestem ciekaw niektórych postaci, ale to już nie marzenia i myślenie, że jak tego nie zagram to nie wiem co… Raczej dostosowuje swoje marzenia do ról, które do mnie przychodzą. 

Chociaż jeśli „Dear Evan Hansen” w końcu zawita do Polski to JA BARDZO CHĘTNIE ZAGRAM [śmiech]!

Marcin Franc
Jako doktor Pomatter w musicalu „Waitress”; zdj. Marcin Franc

 

Podobał Ci się artykuł? Udostępnij!

Facebook
Twitter
Pocket
0 0 votes
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

O Autorze

Joanna Tulo

Joanna Tulo

Jestem absolwentką Kulturoznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Wśród moich zainteresowań znajdują się tajniki skrywane przez społeczeństwo, a także antropologia oraz terminy dotyczące szeroko pojętej kultury. Świat popkultury jest bardzo mi bardzo bliski i chętnie rozkładam go na czynniki pierwsze, co zastosowałam w moich pracach naukowych, które zawierały elementy analiz filmowych oraz teatralnych. Swoje umiejętności wykorzystuje w pracy z social mediami, storytellingiem oraz marketingiem. Przez rok mieszkałam w Nowym Jorku, gdzie miałam okazję znaleźć się w kolebce kultury popularnej oraz poznawać teatralne możliwości jakie daje Broadway.

Kategorie

Rodzaje Wpisów

Najnowsze Wpisy