Kącik Popkultury

Szukaj
Close this search box.

„Przypadek doktora Gilmera. Zbrodnia, medyczna zagadka i sprawiedliwość w Appalachach” [RECENZJA]

Jest niewiele książek true crime, które zostały zadedykowane sprawcy zbrodni. Nieczęsto zdarzają się też takie przypadki, żeby w miejsce lekarza, który zamordował własnego ojca, do kliniki przybył niespokrewniony z nim doktor… o tym samym nazwisku! Benjamin Gilmer żyje w cieniu Vince’a Gilmera i w prozatorskim stylu postanowił podzielić się z nami swoją krucjatą w poszukiwaniu prawdy o swoim poprzedniku. Chociaż Przypadek doktora Gilmera to literatura faktu, książkę czyta się jak nowoczesny thriller, naszpikowany zagadkami i zwrotami akcji. Wszystko prowadzi nas do poruszającego finału, który zmusza do refleksji. Jednak czasami w tym reportażu było aż za dużo kryminału i efektów specjalnych. 

Przypadek doktora Gilmera rozpoczyna się jak skandynawski dreszczowiec i połowa książki utrzymana jest w tej tonacji. Autor mrozi nam krew w żyłach opisami zbrodni i poczuciem ciągłego zagrożenia. Po pierwsze Vince Gilmer nie tylko zamordował swojego ojca, ale uciął mu wszystkie palce, żeby utrudnić identyfikację zwłok, po czym porzucił go w rowie przy drodze ekspresowej. Chociaż rzeokomo była to zbrodnia z premedytacją, nie można nazwać działań lekarza wyrachowanymi. Były one na tyle chaotyczne, że śledczy bez problemu namierzyli winnego i szybko skazali na karę dożywotniego pozbawienia wolności. Lekkomyślność i radykalność Vince’a dziwi tym bardziej, że do tej pory uchodził za bardzo spokojnego lekarza, uwielbianego przez swoich pacjentów. W całej tej historii  najdziwniejsze jest jednak to, że jego miejsce w przychodni w Cane Creek przejął Benjamin Gilmer, który chociaż nie był spokrewniony z Vince’m, stał się z nim na zawsze związany.

Powinnością lekarza jest niesienie pomocy w każdym możliwym miejscu, czy to na korytarzu opuszczonej szkoły, czy w przedsionku starego kościoła, czy w skromnej przychodni u podnóża Appalachów.

Tytułowy przypadek możemy rozczytywać w dwóch znaczeniach – przypadek Vince’a jako zdarzenie zbrodni, i przypadek Benjamina jako niebywały zbieg okoliczności. Z tego też powodu, Benjamin opowiada bardziej historię swoją, niż starszego lekarza-mordercy. Co do metody prowadzenia narracji przez autora mam ambiwalentne odczucia. Wydała mi się ona zbyt prozatorska jak na literaturę faktu, przez co mniej wiarygodna i zbyt ewidentnie grająca na emocjach. Zwykle w reportażach czytelnik otrzymuje fakty, a potem ewentualnie poznaje proces, według którego autor doszedł do konkretnych wniosków. Tutaj otrzymujemy historię procesu dochodzenia do prawy, z nieustającą niepewnością, jaka ona jest w rzeczywistości. Benjamin Gilmer gra na emocjach, przelewając swoją paranoję na czytelnika. W jego Przypadku znajdziemy wiele scen żywcem zaczerpniętych z bestsellerowych thrillerów.

Dopiero teraz zauważyłem, że na skraju wgłębienia w ziemi, obok zbiornika na szambo, stała popękana betonowa ławeczka.
– Był przeznaczony dla pacjentów? Dziwne, że umieścił go tak daleko od przychodni.
Colleen zaciągnęła się po raz ostatni.
– Może doktor Gilmer uznał, że to fajny pomysł. Był z niego trochę dziwak.
Oboje zamilkliśmy i wpatrywaliśmy się przez chwilę w zarośnięty chaszczami dół.
– Słyszałam, że policja kazała go ogrodzić – odezwała się Colleen. – Po całej tej sprawie z morderstwem.
– Dlaczego?
– Bo właśnie tutaj doktor Gilmer wyrzucił palce – odparła.
Po czym zgasiła papierosa i ruszyła w stronę przychodni.

Malutka przychodnia w Cane Creek, gdzie przyjmowali doktorowie Gilmerowie
Malutka przychodnia w Cane Creek, gdzie przyjmowali doktorowie Gilmerowie

Wychodząc, zatrzymał się jeszcze i posłał mi kolejny upiorny uśmiech.
– Panie doktorze?
Zobaczyłem, że zrogowaciałą dłonią sprawdza klamkę.
– Na pańskim miejscu zastanowiłbym się nad wymianą zamków
w drzwiach.
Uśmiechnął się ponownie i odszedł.

Momenty jak te powyższe przypominają bardziej hollywoodzki film, który powstał na podstawie scenariusza opartego na prawdziwych zdarzeniach, niż literaturę faktu, która ma przedstawić historię „na chłodno”. Do tego Benjamin Gilmer jest skrajnie stronniczy, i chociaż przez połowę książki towarzyszy mu niepewność, w jej punkcie kulminacyjnym radykalizuje swoje poglądy i porzuca obiektywizm na rzecz manifestacji własnych przekonań. Nie oceniam tutaj, czy są one słuszne, czy też nie, ale osoby spodziewającej się rzeczowego przedstawienia sprawy, czeka małe zdziwienie. Biorąc pod uwagę to wszystko, nie potrafię zrozumieć, dlaczego autor tak długo zwleka z ujawieniem całej prawdy, skoro ostatecznie to ona jest dla niego najważniejsza. Zamiast z góry oczyścić starszego doktora ze wszystkich zarzutów lub pogrążyć Vince’a Gilmera, Benjamin bawi się z czytelnikiem. Nie spieszy się z wyłożeniem wszystkich kart na stół, robiąc czasem przerwy np. na upieczenie w swoim domu batatów dla całej rodziny. Jeżeli chodzi o zalety tak osobistej książki, na pewno jest łatwiej zaangażować się w nią emocjonalnie. Przypadek doktora Gilmera to reportaż idealny dla ludzi, którzy nie pałają dużą sympatią do literatury faktu. W książce łatwo wskazać konkretne części linearnej fabuły, nowe postacie są wprowadzane niczym aktorzy na scenę, historia budzi emocje i miejscami szokuje. Autor w interesujący sposób opisuje współczesność Stanów Zjednoczonych i obrazuje to jak polityka wpływa na tamtejszą opiekę medyczną. Jego reportaż to moralny dylemat z dodatkiem wiedzy o chorobach i problemach amerykańskiego systemu.

Punktem zwrotnym książki jest poznanie Benjamina Gilmera z Sarah Koenig, która prowadziła audycję radiową poświęconą sprawie doktora. Razem z nim zaangażowała się w śledztwo i przebadała na nowo okoliczności oraz przyczyny popełnienia zbrodni. Jakby nie patrzeć, sama Sarah jest jednak elementem systemu medialnego celebracji śmierci, do którego niestety swoją cegiełkę dokłada Przypadek doktora Gilmera. Trend na morderców panuje i nie ustępuje, a na podobnych upiornych, tajemniczych sprawach, zyskują równocześnie autorzy książek, twórcy programów telewizyjnych, filmowi producenci i miejscowi dziennikarze, a dopiero na samym końcu, jeśli w ogóle, ofiary. Wystarczy przypomnieć sobie zeszłoroczne ożywienie kultu Jeffrey’a Dahmer’a za sprawą serialu Netflixa, czy Schody z Colinem Firthem w roli głównej. Benjamin Glimer prowadzi własną krucjatę i kierują nim idealistyczne przekonania, ale muszę wbić mu szpilkę także za brak oporów w ujawnianiu czyichś personaliów i prywatnej korespondencji. Autor reportażu powołuje się na etykę lekarską i wydaje się, że kodeks bycia dobrym człowiekiem, który ma pomagać innym ludziom jest jego celem nadrzędnym, chociaż w wybranych przypadkach opisuje otwarcie fragmenty cudzych życiorysów. Nieodłączny element literatury faktu, prawda, ale też hipokryzja pisarza.

W głowie wszystko mi wirowało i raz po raz zadawałem sobie to samo pytanie: Ilu trzeba lekarzy i prawników, ile tysięcy dolarów trzeba wydać, żeby okazać  drugiemu człowiekowi miłosierdzie?

Przypadku doktora Gilmera znajdziemy wiele paradoksów. Jednym z nich jest fakt, że nie mogę rozmawiać o treści reportażu otwarcie, żeby nie zdradzić potencjalnemu czytelnikowi fabuły. To niewątpliwie interesująca pozycja, która miała na celu przekazać słuszne wartości. Wbrew tytułowi historia ukazana w książce nie skupia się wyłącznie na przypadku Gilmerów, ale również na patologiach Stanów Zjednoczonych, być może jest nawet historią zepsucia całego świata. Przy całej tej wzniosłości, zabawa z czytelnikiem, którą przez większość czasów stosował Benjamin Gilmer, jest po prostu nietaktowna i nie na miejscu. Blado wypadają też jego wycieczki do życia prywatnego i tworzenie osobliwego show z prób dotarcia do prawdy. O Przypadku doktora Gilmera najprawdopodobniej jeszcze będzie głośno, bo jest to gotowy materiał na wstrząsający film. (Pełnometrażowa produkcja dokumentalna już jest kręcona i CNN stworzyło swój odcinek o  zbrodni Vince’a Gilmera, jednak autor książki bynajmniej nie był zadowolony ze sposobu przedstawienia sprawy przez telewizję.)

Benjamin Gilmer i portret Vince'a Gilmera.
Benjamin Gilmer i portret Vince’a Gilmera.

Książkę „Przypadek doktora Gilmera” Benjamina Gilmera zrecenzowaliśmy we współpracy z Wydawnictwem Czarne, któremu serdecznie dziękujemy za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego. 

Osoby zainteresowane sprawą zapraszamy na stronę autora: https://benjamingilmer.com

Więcej literatury o psychiatrii: „Biuro Przeczuć. Historia psychiatry, który chciał przewidzieć przyszłość”.

 

Podobał Ci się artykuł? Udostępnij!

Facebook
Twitter
Pocket
0 0 votes
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

O Autorze

Picture of Kamil Szczygieł

Kamil Szczygieł

Redakcyjny pisarz-kulturoznawca. Czytelnik scenariuszy, człowiek postmodernizmu, fan aktorów drugoplanowych. Zaparzenie dobrej kawy lub herbaty jest dla niego pierwszym krokiem do wejścia w filmowy świat. Wszechstronnie zaangażowany w kulturę rozrywkową, współpracował m.in. z CD-Action i Silesia Film.

Kategorie

Rodzaje Wpisów

Najnowsze Wpisy