Kącik Popkultury

Resident Evil 4 Remake [XSX] [RECENZJA]. Hiszpańska masakra piłą mechaniczną

To,  że seria Resident Evil to złote dziecko Capcomu i jedna z najważniejszych popkulturowych francyz XXI wieku, jest niekwestionowanym faktem. W ostatnich latach może mniej widać to w świecie seriali i kina (zarówno nowy serial Netfliksa, jak i filmowe „Welcome to Racoon City” zostały zmiażdżone przez krytykę), lecz ukazująca się w latach 2002-2016 seria z Millą Jovovich w roli głównej była (mimo odstępstw od materiału źródłowego) niewątpliwym fenomenem, pozostając jedną z niewielu serii horrorów science fiction, która utrzymała zainteresowanie widzom przez sześć pełnometrażowych filmów. Ale, oczywiście, RE to przede wszystkim gry – pod szyldem marki na przestrzeni ostatnich trzydziestu lat okazało się, licząc wszelkie spin-offy i remake’i, blisko trzydzieści tytułów, z czego większość była murowanym hitem sprzedażowym – zwłaszcza tytuły z „głównej”, numerowanej linii, z których ostatnim chronologicznie tytułem było świetnie przyjęte „Village”. Seria Resident Evil – za sprawą pierwszych, bardziej kameralnych odsłon – po raz pierwszy na tak dużą skalę rozsławiła gatunek survival horrorów, po czym stale rozwijała się, oferując graczom coraz to nowe mechaniki oraz bardziej zwariowane fabuły, rok w rok pozostając na językach branży. Nie inaczej było z „Resident Evil 4″, które od swojej premiery w 2005 po dziś dzień przez wielu graczy uważane jest nie tylko za najlepszą odsłonę całej serii, ale i jedną z lepszych gier w ogóle. Słynna czwórka stała się prekursorem słynnej, trzecioosobowej kamery „zza ramienia” w grach akcji, a skala projektu – pełnego kreatywnych, rozbudowanych lokacji spiętych klamrą intensywnej, nie dającej odetchnąć filmowej historii – zachwyciła graczy i krytyków. Teraz, po prawie dwudziestu latach, „Resident Evil 4″ powraca jako trzeci, po odnowionej części drugiej i trzeciej, remake Capcomu przygotowany z myślą o współczesnych sprzętach i dla współczesnych graczy. I niech najważniejsze wybrzmi już na starcie: „Resident Evil 4 Remake” to nie tylko rewelacyjne odświeżenie jednej z najważniejszych gier akcji w historii, ale i wybitny tytuł sam w sobie, który z miejsca wskakuje do panteonu najlepszych gier singlowych najnowszej generacji. Zapraszam do recenzji tytułu w wersji na konsolę Xbox Series X.

Punkt wyjścia fabuły nakreśliłem już w swoich pierwszych wrażeniach z wersji demonstracyjnej, które znajdziecie tutaj. W skrócie – wcielamy się w znanego już z RE2 Leona Kennedy’ego, wysłanego przez amerykański rząd na tajemniczą, hiszpańską wyspę z misją odnalezienia porwanej córki prezydenta, Ashley Graham. Jako Leon, uzbrojony w ulubiony, militarny nóż, rozpoczynamy przedzieranie się przez hordy zainfekowanych w celu odbicia dziewczyny z rąk nieznanego wroga. Szybko orientujemy się jednak, że wyspa zamieszkiwana jest przez głównie przez Los Illuminados, bezmózgie plemię kontrolowane przez bliżej nieokreślonego przywódcę, którego głównym celem zdaje się być zdobycie pełnej kontroli nad Ashley poprzez wstrzyknięcie jej wirusa, dzięki czemu dziewczyna stałaby się kolejną, podległą „owcą” tajemniczej sekty. Powody polityczne, a może siły nadnaturalne? Tak czy owak – mamy do wykonania misję. Rozpoczynamy więc samobójczą przeprawę przez tabuny rozzłoszczonych, zombie-podobnych mieszkańców niczym uzbrojony w tabun amunicji rycerz w srebrnej zbroi, którego jedynym celem jest uratowanie blondwłosej księżniczki w opałach. Leon – niczym pędzacy za Elizabeth Booker DeWitt z BioShocka Infinite i duchowy spadkobierca Super Mario (tak, nasza księżniczka też często okazuje się być w „innym zamku”) – najpierw strzela, a potem pyta, zdarza mu się tez od czasu do czasu gdzieś zakraść. Podczas pełnej zwrotów akcji, liczącej 16 rozdziałów historii (co przekłada się na, plus minus, 15 godzin zabawy) czeka nas wiele strzelania, dźgania, uciekania i kucania, ale również – podziwiania zapierających dech w piersiach projektów lokacji, zachwycania się płynnością rozgrywki i wstrzymywania oddechu.

Intensywna jazda bez trzymanki

Czujcie się ostrzeżeni – „Resident Evil 4 Remake” to gra naprawdę intensywna, co prawdopodobnie nie jest niespodzianką dla fanów oryginału. Jeśli jednak, podobnie jak ja, nigdy nie mieliście okazji się z nim zapoznać, „Chainsaw Demo” mogło wywołać w was (podobnie jak we mnie) mylne wrażenie, że mamy do czynienia z survival horrorem, który sekwencje akcji równoważyć będzie momentami mroku, niepokoju i poczucia niemocy wobec przytłaczającego, przerażającego otoczenia. To zresztą zdaje nam się sugerować niepokojący punkt wyjścia, w którym stawiamy czoła wiejskiej, krwiożerczej społeczności, która najpierw próbuje nas rozerwać na strzępy, a potem… udaje się przykładnie na mszę, zapominając na moment o swoich naturalistycznych zapędach. Creepy, prawda? Zwłaszcza jak na pierwszą sekwencję. W ogólnym rozrachunku jednak „Resident Evil 4″ – mimo że mroku i niepokoju w nim nie brakuje (tak, mówię zwłaszcza o TYM fragmencie, który przy graniu przy zgaszonym świetle i na słuchawkach może doprowadzić do zawału) – jest przede wszystkim intensywną grą akcji, która nawet na moment nie daje nam odetchnąć. Tempo historii jest wręcz bezczelne w swojej płynności; historię rozgrywa się i śledzi niczym piętnastogodzinny film, czemu sprzyja sam świat przedstawiony, w którym… cóż, faktycznie upływa podobna ilość czasu. Dawno nie spotkałem się z grą, która by tak umiejętnie osłaniała kolejne karty fabularne, jednocześnie utrzymując zainteresowanie gracza – w RE4 co chwile coś się dzieje i praktycznie żaden moment nie jest dobry, aby odstawić kontroler. Gdy tylko w naszej głowie zacznie kształtować się myśl, że kurcze, przydałoby się nieco urozmaicenia, developerzy podsuwają nam kolejną, bogatą i bardziej rozbudowaną od poprzedniej lokację, w której czekają nas nowi przeciwnicy i ekscytujące mechaniki. I tak już będzie do samego końca, co sprawia, że nieraz zatęsknimy za konkretnym miejscem, w myślach oddając je szerszej eksploracji i zastanawiając się, czy zrobiliśmy tam wszystko, co tylko się dało, jednocześnie godząc się z faktem, że nie ma czasu na sentymenty i że dla zachowania intensywnego tempa konieczne jest sukcesywne posuwanie się do przodu. Nie martwcie się jednak – w tym wypadku im dalej w las, tym lepiej.

Zróżnicowane mechaniki

Co jednak sprawia, że w „Resident Evil 4 Remake” gra się tak dobrze? Interesująca i angażująca (choć, nie oszukujmy się, nieco campowa, ale w przypadku tej serii zwariowana „kreskówkowość” to akurat plus) historia to jedno, ale gra zachwyca przede wszystkim świetnymi, dopracowanymi mechanikami rozgrywki i zróżnicowaniem lokacji. Po każdym starciu z hordą przeciwników czeka nas albo spacer towarzyszący wejściu w nową lokację, albo zagadka do rozwiązania; po każdej zagadce i sekwencji walki trafia się boss, który wymaga od nas nieco innego podejścia, i tak dalej, i tak dalej. Bilans rozgrywki jest niemal bez wad i zachwiany zostaje jedynie w ostatnich dwóch godzinach, kiedy gra zaczyna nieco za bardzo przypominać „Far Cry” czy „Call of Duty”, ale z drugiej strony – ciężko tu być na „RE4″ złym, bo kluczy się tu z nożem i strzela z broni tak dobrze, że aktywności te zawsze wiążą się z satysfakcją i poczuciem niedosytu. Jednocześnie gra nie próbuje uchodzić za rozbudowaną strzelankę – dostępny arsenał broni jest spory, ale rozsądnie ograniczony, czemu sprzyja też znana już z oryginału mechanika ekwipunku w formie walizki, w której musimy ułożyć nasze przedmioty niczym w zmniejszonym tetrisie. Oznacza to, że jasne, jako Leon możemy wyposażyć się w kilka karabinów, ale nie starczy nam wtedy miejsca na niezbędne surowce i amunicję; z kolei gdy nie przygotujemy sobie broni na różne okazje, niektóre potyczki z arenami przeciwników będą cięższe od poprzednich. Gra więc na każdym kroku nakłania do kreatywności, wykorzystywania otoczenia i nieszablonowanego podejścia do starć – i nie chodzi tu nawet o podejście czysto stealthowe (faktycznie skradać się mamy w RE4 okazję raczej rzadko), a o rozsądne zarządzanie zasobami i planowanie kolejnych ruchów. Czasem bardziej opłacalne będzie zaczajenie się z nożem i zabicie mniejszej ilości wrogów, aby przejść możliwie niezauważonym, a czasem – niepozwolenie na wpędzenie się do koziego rogu i wywalczenie sobie drogi strzelbą czy SMG. Niezależnie od tego, jakie przyjmiemy podejście, w Resident Evil 4 Remake gra się po prostu rewelacyjnie – gameplay jest płynny i tak przyjemny, że gra najpewniej dołączy do mojej kolekcji „comfort tytułów” (obok „Rise of the Tomb Raider” czy „Batman Arkham Asylum”), które regularnie odpalam po raz kolejny, żeby na nowo zaznać ulubionych mechanik.

Ulubiony protagonista fanów

Jest jednak jeszcze jeden powód, dla którego RE4 zyskuje tak duże uznanie wśród branży i wśród graczy – protagonista. Leon Kennedy to małomówny, rzeczowy twardziel i absolutny mistrz kiczowatych one-linerów w jednym („Where’s everybody going? Bingo?”) co sprawia, że trudno nie czuć do niego sympatii od początku do końca. Nie bez powodu to jeden z ulubionych bohaterów fanów całej serii Resident Evil i trudno sobie wyobrazić scenariusz, w którym większość newcomerów po zapoznaniu się z RE4 nie dołączy do jego fanklubu. Trudno się nie uśmiechnąć, gdy po ataku dwóch zarażonych kobiet z piłami mechanicznymi, Leon przeładowuje handguna i nonszalancko rzuca, że podziękuje, ale bardziej interesują go monogamiczne związki. Wplata to wszystko niewymuszony humor w raczej ponurą historię/

Bossowie i zagadki

Wspomniałem wyżej o zagadkach i walkach z bossami, czyli dwóch głównych elementów rozrywki poza standardowym, trzecioosobowym parciem do przodu. I tutaj Resident Evil 4 Remake również błyszczy – nie będę wam psuł niespodzianki, jeśli chodzi o starcia z przeciwnikami (serio, są na tyle widowiskowe, że lepiej doświadczyć je w ciemno), ale okazjonalne łamigłówki środowiskowe doskonale wkomponowują się w rozrywkę, zapewniając często potrzebną chwilę wytchnienia i urozmaicając naszą przygodę. Jak w każdej grze z serii, zagadki są raczej pretekstowe, ale zawsze pomysłowe i przyjemne – polegają głównie na znalezieniu pasującego elementu mechanizmu, dopasowania do siebie styków przewodu w formie minigierki czy wstukaniu odpowiedniej sekwencji przycisków odblokowujących drzwi do następnej lokacji. Nic, co nie zajęłoby myśli gracza na dłużej, niż kwadrans krótkiego zorientowania się w danym otoczeniu i połączeniu kilku myślowych kropek. Warto zauważyć przy tym, że Resident Evil 4 Remake oddaje wyraźny hołd swojemu pierwowzorowi, adaptując obecne tam łamigłówki do oczekiwań współczesnego odbiorcy. Oznacza to, ze często zachowany jest ten sam koncept na zagadkę, co w wersji z 2005 roku, ale nieco na lepsze zmieniona i rozbudowana została egzekucja. Przykładowo – w jednym z początkowych godzin rozgrywki natrafiamy na małą zagadkę, w której mamy za zadanie otworzyć drzwi do gabinetu za sprawą umieszczenia w drzwiach szklanej kuli, którą następnie obracamy do momentu, aż ujawni się odpowiedni symbol. W oryginale na tym urywają się założenia całej zagadki – kulę po prostu znajdujemy w jednej z szuflad – w remake’u zaś najpierw musimy odnaleźć kulę, którą skrywa inna, pomniejsza łamigłówka wykorzystująca nasz zmysł eksploracji i tego, jak uważnie przeglądamy przeszukiwane dokumenty czy fotografie. Dopiero wtedy zabieramy się do otworzenia drzwi i „kręcenia”. Takie zmiany ktoś mógłby uznać za błahe, ale fani oryginału na pewno docenią szacunek, z jakim nawet ten element gameplayu został przeniesiony do uwspółcześnionej wersji gry. Co prawda spotkałem się z małym bugiem we wspomnianej zagadce z kulą – gra nie mogła „zatrybić”, że ułożony symbol jest prawidłowy – ale szybkie wczytanie zapisanego stanu rozwiązało sprawę w mniej niż minutę.

Godny pochwały interfejs

Co prowadzi do innej kwestii – interfejsu, który w przypadku RE4 Remake jest precyzyjny, intuicyjny i bardzo przyjazny graczowi. Przeklikiwanie się pomiędzy ekwipunkiem, a mapą (która, nawiasem, bardzo skrupulatnie zaznacza nam wszystkie warte uwagi obiekty w każdym rozdziale, ułatwiając tym samym zebranie wszystkich znajdziek), grą czy ekranem ustawień jest proste i przyjemne, podobnie jak dokonanie zapisu czy wczytanie – jak w opisanym akapit wyżej przypadku – stanu gry. Resident Evil 4 Remake należy pochwalić również za szereg opcji personalizacji rozgrywki, i nie mam tu na myśli tylko standardowych suwaków jasności czy kontrastu, ale również m.in. ułatwienia dla osób niedosłyszących czy opcję zmieniania rozmiaru i czcionki napisów. Od dawna jestem za tym, żeby jak najwięcej produkcji było dostosowane do możliwie najszerszego grona odbiorców, a zrobienie tego w przypadku remake’u tytułu z czasów, gdy wszelka personalna kalibracja była znikoma, wydaje mi się po prostu sprawiedliwe. Capcom zadbał, aby niemal wszyscy mogli czerpać z reedycji ich ponadczasowego klasyka sprzed dwudziestu lat, co wydaje mi się wpisywać w założenia ideai remake’ów jako takich – w końcu chodzi tu przede wszystkim o zwiększenie dostępności nieco zbierającego już kurz tytułu przez odsłonienie pełni jego potencjału i adaptację do współczesnych graczy i warunków.

Brawurowo wykorzystany potencjał oryginału

A potencjał ten zostaje odsłonięty w sposób brawurowy – remake RE4 wygląda, chodzi i brzmi po prostu znakomicie. Przed graczami na początku postawiony zostaje wybór jednego z dwóch modułów – rozdzielczości lub płynności. W zależności od posiadanego sprzętu i odbiornika możemy więc zadecydować, czy bardziej zależy nam na zachowaniu stabilnego framerate’u, czy natywnego 4k. I w tym, i w tym przypadku gra nie ma problemu z zachowaniem 60 klatek na sekundę, tylko w jednym z przypadków przy dynamicznej akcji na ekranie tytuł utrzymuje płynność kosztem rozdzielczości, a w drugim odwrotnie, co w pojedynczych przypadkach może prowadzić do małych spadków FPSów. W wybranym przeze mnie trybie płynności na konsoli Xbox Series X nie zauważyłem ani jednego spadku klatek, co w połączeniu z robiącą ogromne wrażenie oprawą audiowizualną tworzy świetny efekt końcowy. Grafika w RE4 jest malownicza i klimatyczna, co zresztą dobrze obrazowało już demo, w którym mogliśmy doświadczyć płynnego przejścia z ciemnej, mglistej scenerii w pozornie sielankowy, „wiejski” poranek. W pełnej wersji podobnych momentów jest o wiele więcej, co łączy się z wędrówką w nowe, znane z oryginału i zaprojektowane na nowo miejsca. Nie zdradzając zbyt dużo wspomnę jedynie, że największe wizualne wrażenie zrobiła chyba na mnie sceneria zamkowa, łącząca w sobie „gęstą”, duszącą estetykę rodem z Drakuli z przyjemną otwartością i chłodem licznych murów, wysokich wież i średniowiecznej fortyfikacji. Porównanie do Drakuli nie jest tutaj na wyrost, o czym przekonacie się, gdy tylko zejdziecie do lochów – oczywiście zakładając, że wyjdziecie stamtąd żywi. RE Engine po raz kolejny sprawdza się bez zarzutów i miejmy nadzieję, że komercyjny sukces RE4 przyczyni się do powstania remake’ów pozostałych części serii, aby któregoś dnia wszystkie były dostępne do ogrania w całej swojej glorii. Capcom, może czas zmierzyć się z pierwszą grą z serii, aby dopełnić numerację?

Pochwalić należy przy tym również design napotykanych potworów – niektórzy z nich (zwłaszcza bliżej końca, gdy tytuł wyraźnie nawiązuje do Obcego) zapadli mi mocno w pamięć nie tylko przez swój wygląd, ale i dopracowane, przerażające animacje ruchu. Tym samym RE4 ma szansę straszyć na kilku poziomach wyżej, niż swój pierwowzór, w którym – owszem, potwory swoim wyglądem również potrafiły doprowadzić o szybsze bicie serca, zresztą jak w całej serii – ale niemożliwe technologicznie były do uzyskania takie sposoby ich poruszania się, co remake umiejętnie wykorzystuje. Do ikonicznego gościa z piłą mechaniczną z wersji demonstracyjnej dołącza cały tabun mu podobnych i jeszcze bardziej niebezpiecznych stworów, z których każda wymaga innej taktyki i w zupełnie inny sposób stanowi dla nas zagrożenie.

Replay value

Jeśli niektórych z was martwi stosunkowo krótki czas rozgrywki, uspokajam – twórcy przygotowali remake w taki sposób, aby bardzo ciężko było zwyczajnie odstawić grę na półkę po jej ukończeniu. Na graczy czeka masa pobocznych aktywności w trakcie wykonywania misji fabularnych, w tym np. specjalna strzelnica z wyzwaniami, na której możemy poćwiczyć swoje umiejętności posługiwania się różnymi rodzajami broni. Za zdobyte w trakcie wyzwań żetony gracz może pozyskać różne bonusy, takie jak spersonalizowane perki (w formie „figurek” przyczepianych do walizki z ekwipunkiem) czy kostiumy dla Leona i Ashley. A jeśli zaprzecie się, że chcecie spędzić z grą jak najwięcej czasu, zawsze możecie sięgnąć po pc poboczne questy niczym z MMO, w których będziecie przeczesywać lokacje w poszukiwaniu, na przykład, dzikich węży. Aktywności poboczne są nienachalne i kompletnie opcjonalne, ale pozwalają nam zdobyć więcej środków na ulepszanie broni (co jest super satysfakcjonujące) i testowanie różnych taktyk. Chociaż – prawdę mówiąc – najbardziej prawdopodobnym scenariuszem jest to, że po prostu skończycie grę więcej niż raz, bo w ostatnich latach ze świeczką szukać tak satysfakcjonującej, „obfitej” i dopracowanej singlowej przygody. Moimi ulubionymi przykładami takich gier z ostatnich lat są Strażnicy Galaktyki czy Control, którym to RE4 nie ustępuje w żadnym stopniu. Recenzje zresztą mówią same za siebie; w tej chwil gra posiada wynik ok 93/100 w serwisie Metacritic.

Drobne potknięcia

No dobra, dobra – wszystko super, ale czy w takim razie znalazły się w Resident Evil 4 Remake jakieś wady? Z pewnością mam kilka zastrzeżeń co do samej historii, która zostaje względem oryginału upłynniona i nieco przejrzyściej skondensowana, ale i tak nie uchroniła się przed kilkoma potknięciami. Przede wszystkim niezrozumiała jest dla mnie decyzja nierozwinięcia nieco szerzej charakteru postaci Ashley, która, jasne, jest cennym partnerem w przemierzaniu nawiedzonej wioski (na pewno cenniejszym, niż w oryginale, gdzie służyła głównie jako przynęta dla wrogów i niepotrafiący się przed nimi bronić przeszkadzacz), ale… nie przejawia żadnych, nawet szczątkowych cech osobowości. Dosłownie mamy tu do czynienia wyłącznie z archetypem atrakcyjnej blondynki, która z czasem nabiera do postaci Leona coraz większej sympatii, ale większość czasu nie jest niczym więcej, jak wymagającą naszej uwagi księżniczką w opałach. Aż prosi się o kilka momentów zwolnienia akcji, gdzie bohaterowie mogliby ze sobą szerzej rozmawiać na temat tego, co dzieje się wokół nich – jak wiemy Leon raczej nie jest specjalnie sentymentalny, więc i tak unikałby wylewności, ale Ashley nie ma żadnego powodu, by być taką niemową. Uważam, że całkiem uczciwie by było zabranie przez nią głosu w sytuacji, gdy, przykładowo, ratujemy ją w ostatniej chwili przed rytualną śmiercią. Zalążki rodzącej się na przestrzeni trwania przygody sympatii między Leonem a Ashley są naprawdę super, ale potencjał nie zostaje nawet w ułamku wykorzystany. I nie chodzi mu to nadmierną ingerencję w materiał źródłowy, a po prostu o dodanie zaledwie kilku scen, które na pewno by tempu historii nie zaszkodziły, a mogłyby za to uatrakcyjnić już i tak bardzo udaną całość.

W internecie regularnie jest też podnoszona kwestia tzw. nadmiernych dead zone’ów w wersjach konsolowych, zwłaszcza na Xboksach. Gracze zauważyli, że gra z opóźnieniem reaguje na ruch gałek analogowych, co może powodować trudności w celowaniu z broni. Uczciwie muszę przyznać jednak, że problem mnie zupełnie nie dotyczył i nie napotkałem żadnych niedogodności gameplay’owych, czujcie się jednak ostrzeżeni – zwłaszcza, jeśli jesteście na takie kwestie szczególnie wyczuleni.

Podsumowanie

I takie właśnie jest całe Resident Evil 4 – dopieszczone do granic możliwości doświadczenie dla pojedynczego gracza, która wyłania się jak płonący feniks ze stosu zdecydowanie zbyt długich gier z otwartym światem, zalewających rynek gier-usług czy produkcji wypuszczonych na premierę z kiepską optymalizacją i niedoróbkami. Capcom, odświeżając klasyka, udowadnia, że dobra historia i dopracowany gameplay zawsze obronią się same, a graczom nigdy nie znudzą się solidne, traktujące ich z szacunkiem liniowe tytuły z bogatym production value. Życzę sobie i wam wszystkim jak najwięcej tak satysfakcjonujących gier.

9,5/10

Plusy

  • niski próg wejścia dla niezaznajomionych wcześniej z serią graczy
  • intensywność rozgrywki i tempo historii
  • zróżnicowany gameplay
  • wciągająca, „filmowa historia”
  • Leon to świetny protagonista
  • walki z bossami
  • przyjemne zagadki
  • intuicyjny i przyjazny graczowi interfejs
  • dużo opcji personalizacji rozgrywki
  • optymalizacja i oprawa audiowizualna (w wersji na konsolę Xbox Series X) – czuć, że mamy do czynienia z next genem
  • zapadające w pamięć lokacje
  • design przeciwników
  • spore replay value – przygotowane atrakcje i dodatkowe aktywności w wielu wypadkach zatrzymają przy sobie graczy na dłużej, niż jedno ukończenie gry
  • udany hołd złożony oryginalnemu „Resident Evil 4″, który uwspółcześnia wiele elementów gameplayu, ale kurczowo trzyma się sprawdzonego już rdzenia rozgrywki

Minusy

  • zbyt duże dead zone’y
  • niewykorzystany potencjał pewnych elementów fabularnych i postaci Ashley

Z tytułem mogliśmy się zapoznać w ramach współpracy z dystrybutorem, Cenega Polska, za co bardzo dziękujemy. „Resident Evil 4 Remake” dostępne jest w regularnej sprzedaży w wersjach na konsole Xbox Series S/X, Playstation 4 i 5 oraz na komputery osobiste PC.

Podabał ci się artykuł? Udostępnij

Facebook
Twitter
Pocket
0 0 votes
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

O Autorze

Robert Solski

Robert Solski

Student czwartego roku polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim i eskapista, który tak samo jak filmy pożera książki, a ostatnio też coraz częściej gra – i wirtualnie, i planoszowo. Stara się oglądać jak najwięcej kina niezależnego, usilnie jednak przeszkadza mu w tym słabość do blockbusterów i seriali. Lubi pisać o wszystkim, co go otacza – zwłaszcza o popkulturze.

Kategorie

Rodzaje Wpisów

Najnowsze Wpisy