Kącik Popkultury

Szukaj
Close this search box.

Uncharted. Kino nowej przygody [RECENZJA]

Ekranizacja gier z serii „Uncharted” nie miała łatwej drogi na kinowe ekrany – zapowiedziany po raz pierwszy w 2008 roku film przechodził z rąk do rąk, a jego scenariusz był ciągle przepisywany na nowo; czy to ze względu na niefortunne wycieki Sony w 2015, w ramach których w Internecie znalazł się cały ówczesny scenariusz, czy z powodu stale zmieniającej się koncepcji artystycznej. Studio cały czas do końca nie wiedziało, jak właściwie film ten miał wyglądać – czy ma być wierną adaptacją pierwszej gry z serii, wariacją na jej temat czy może całkiem nową przygodą Nathana Drake’a – a presja fanów pierwowzoru zdawała się nie wpływać dobrze na morale filmowców, którym powierzono realizację „Uncharted”. Większość zaangażowanych w projekt reżyserów – ze względu na liczne obsuwy w produkcji – rozmijało się również z Sony kalendarzowo, i zanim za stołkiem finalnie zasiadł Ruben Fleischer (seria „Zombieland” i pierwszy „Venom”), projekt został przekazany z rąk do rąk aż siedmiokrotnie. Jak więc w ostatecznym rozrachunku wypadła tak długo szykowana produkcja, na którą wierni fani czekali aż od 2008 roku? I najważniejsze – czy „Uncharted” to kolejna mierna ekranizacja serii gier video, czy jednak przyjemny wyjątek od reguły? Przyjrzyjmy się temu bliżej.

Przede wszystkim „Uncharted” to wybitnie blockbuster swoich czasów. Nie sposób wiedzieć, jak film wyglądałby w pierwotnej wersji te czternaście lat temu, ale w obecnej chwili jest to w swojej konstrukcji bardzo misternie skonstruowany produkt rozrywkowy po 2020 roku, który skierowany jest dla wszelkiego masowego odbiorcy przyzwyczajonego do kina superbohaterskiego – nieprzypadkowo w głównej roli obsadzony został ulubieniec genu Z, Tom Holland. Akcja jest więc szybka, bohaterowie rzucają mniej lub bardziej udanymi one-linerami, a całość ma prostą, łatwą w śledzeniu fabułę, która nie wymaga od nas nic ponad zerkanie na ekran w chwilach, gdy akurat nie sięgamy po popcorn. Od razu ostrzegę, że mówię to z perspektywy osoby niezaznajomionej z materiałem źródłowym, ale jest to film prosty i z nieskomplikowanymi założeniami – przepis na łatwy sukces, można by rzecz, zwłaszcza, że to pierwsza rola wspomnianego już wcześniej Toma Hollanda po „Spider-Manie: Bez drogi do domu”, który do tej pory zgromadził w światowym box-office’ie nieprawdopodobnie duże pieniądze. Sony ma więc w swojej ręce najpewniej kolejny duży hit i dotychczasowa sprzedaż biletów zdaje się to potwierdzać; dobrze rokuje to przyszłości Sony’s PlayStation Productions, serii, którą właśnie pierwszy kinowy „Uncharted” rozpoczyna. Co jednak „Uncharted” robi znacznie lepiej, niż poprzednie próby przeniesienia gier na kinowe ekrany z ostatnich lat – by wymienić tu chociażby „Monster Huntera”, „Mortal Kombat” czy „Resident Evil: Racoon City” – to nietraktowanie się do końca poważnie i brak bezdusznego przełożenia swoich założeń na inne medium. „Uncharted” znacznie bliżej do „Tomb Raidera” z Alicią Vikander i „Sonica” od Paramountu – filmów, które od samego początku celowały w luźną, denerwującą growych purystów adaptację znanych marek i „włożenie ich” we współczesne realia, co wiązało się z wieloma fabularnymi skrótami i kompromisami. Posiłkując się wiedzą od znajomego fana gier Naughty Dog – tak, to trochę leniwe, gdy Nathan Drake’a Toma Hollanda, uciekając przed oprychami, decyduje się wskoczyć na podłużne sufitowe lampy, zwracając tym na siebie całą uwagę (w grze plan bohatera był znacznie bardziej rozbudowany i błyskotliwy). Ale to zarazem nieporadny, charyzmatyczny, Peter-Parkerowy Tom Holland, który… skacze na sufitowe lampy. I w osadzonym kontekście to naprawdę działa, bo dobrze pasuje do konwencji nieco przegiętej, hollywoodzkiej przygodówki.

Właśnie: przygodówki. To, co w „Uncharted” udaje się najbardziej, to obecność ducha przygody – poczynania bohaterów i rozwiązywanie kolejnych zagadek w klimatycznych lokacjach budzi przyjemne skojarzenia z „Mumią” czy „Skarbem narodów”; kinem, którego w obecnych czasach jest jak na lekarstwo, które nigdy nie zachwycało krytyków, ale było ciepło przyjmowane przez lubujących się w tym gatunku widzów. Jasne, mieliśmy całkiem niezłe „Jumanji” (nawiasem – też produkcji Sony), ale obecne ekrany cierpią na duży deficyt wysokobudżetowych produkcji przygodowych. A „Uncharted” to przede wszystkim fajna i widowiskowa przygoda – zwłaszcza w końcowym akcie, który na pewno zapisze się w mojej pamięci jako jeden z najpełniejszych kinowych przeżyć bieżącego roku. To również idealny film do polecenia znajomym, bo gdy ktoś podchodzi do niego bez żadnych oczekiwań, to tak naprawdę trudno tu na cokolwiek narzekać. Scenerie szybko się zmieniają, nieudany żart szybko zostanie przykryty celniejszym, a droga do finału jest satysfakcjonująca, zwłaszcza, że główny lead aktorski szybko odnajduje się w swoich pretekstowych kreacjach. To również ładny film czysto technicznie, miejscówki są odpowiednio nasycone barwami, a motyw muzyczny siedzi w głowie tym bardziej, im bliżej jesteśmy napisów końcowych.

Mimo wszystko widać tu jednak spore pole do poprawy. Bohaterowie są nieco zbyt jednowymiarowi, a relacje między nimi budowane są na jedno kopyto – to dosyć rozczarowujące w produkcji, której bardzo zależy, byśmy śledzili poczynania jej bohaterów z zapartym tchem. Przydałby się ktoś pokroju Jamesa Gunna, który w ewentualnym sequelu tchnąłby w grupę więcej życia i szczerych emocji i pisałby ich przygody w taki sposób, aby służyło to ich rozwoju, a co za tym idzie – zaciśnięcia relacji z widzem. Potencjał drzemiący w postaciach jest całkiem spory (zwłaszcza dobrze bawi się tutaj Mark Wahlberg) i dobrze byłoby to sprawniej wykorzystać na przyszłość. Można by się również zastanowić nad kreacją antagonistów, którzy są – nawet w ramach konwencji – zwyczajnie prości i nieciekawi; Tati Gabrielle ogląda się dobrze, Banderasa trochę mniej, ale „Uncharted” mogłoby się kompletnie obejść bez tak leniwie zarysowanego konfliktu, i zamiast tego jeszcze bardziej skupić na eksploracji i rozwiązywaniu zagadek środowiskowych. No, ale w końcu to kino dnia dzisiejszego, więc ciężko oczekiwać, aby wyzbyło się tak nieodłączonego dla współczesnych blockbusterów elementu.

7/10

Widzieliście już „Uncharted”? Jak oceniacie ten tytuł? Podzielcie się swoimi wrażeniami w komentarzach!

Podobał Ci się artykuł? Udostępnij!

Facebook
Twitter
Pocket
0 0 votes
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

O Autorze

Picture of Robert Solski

Robert Solski

Student czwartego roku polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim i eskapista, który tak samo jak filmy pożera książki, a ostatnio też coraz częściej gra – i wirtualnie, i planoszowo. Stara się oglądać jak najwięcej kina niezależnego, usilnie jednak przeszkadza mu w tym słabość do blockbusterów i seriali. Lubi pisać o wszystkim, co go otacza – zwłaszcza o popkulturze.

Kategorie

Rodzaje Wpisów

Najnowsze Wpisy