„Maestro” to dramat biograficzny wyprodukowany przez platformę Netflix, który opowiada o nietypowej relacji pomiędzy wybitnym dyrygentem i kompozytorem Leonardem Bernsteinem a jego żoną Felicią Montealegre. Premiera filmu na platformie Netflix będzie miała miejsce 20 grudnia br. Wśród producentów filmu znaleźć możemy Martina Scorsese czy Stevena Spielberga, którzy w przeszłości przejawiali zainteresowanie wyreżyserowaniem filmu o muzyku. Jak poradził sobie Bradley Cooper, który przy tym projekcie miał bardzo dużo do zrobienia oraz czy doskonale znany wszystkim znaczek „N” na samym początku seansu zwiastuje wątpliwą jakość filmu, który ma być ważnym tytułem w zbliżającym się sezonie nagród? Po seansie na EnergaCAMERIMAGE 2023 znam już odpowiedzi na te pytania. Zapraszam na recenzję filmu „Maestro„.
Wspomniany we wstępie Bradley Cooper jest jednocześnie współautorem scenariusza, reżyserem i odtwórcą głównej roli. Poprzedni film wyreżyserowany przez niego to „Narodziny Gwiazdy„, który otrzymał 8 nominacji do Oscara, zdobywając statuetkę za najlepszą piosenkę. Kolejny dramat muzyczny, oparty na szczegółach niecodziennej relacji, wzbudza duże zainteresowanie wśród widzów. Po sukcesie i bardzo dobrym przyjęciu poprzedniej produkcji, raczej nikogo to nie dziwi. Film otwiera cytat Bernsteina, który twierdził, że sztuka nie ma dawać odpowiedzi tylko zadawać pytania. Raczej nie ma przypadku w tym, że te słowa pojawiają się na ekranie już na samym początku. Jak się później okazało – reżyser wziął sobie je bardzo do serca i potraktował (zbyt) dosłownie. W efekcie otrzymujemy film, w którym pytań nie zadaje sztuka, tylko życie prywatne Leonarda Bernsteina a najistotniejszą kwestię odgrywa jego seksualność.
W „Maestro” jest bardzo mało o tym, co tak naprawdę miało wpływ na to, by nazywać dyrygenta mistrzem w swoim fachu. Do absolutnego minimum sprowadzono sceny, w których możemy podziwiać kunszt i oddanie muzyce. Szkoda, bo gdy już w filmie się pojawiają to wykonane są fantastycznie a Bradley daje z siebie wszystko. Spora część filmu jest zwyczajnie przegadana, niejednokrotnie dając poczucie filozoficznej gadki, która nie do końca przekonuje. Na plus dynamika dyskusji – nie ma tu niekończących się monologów a sprawne wymiany zdań. To niestety za mało. Gdzieś w tej całej gadaninie Cooper chciał pokazać jak miłość do życia i drugiego człowieka wpływa na artystyczny rozwój bohatera. Wyszedł z tego jednak w większości artystyczny bełkot. Na bardzo ważną postać wyrasta szybko Carey Mulligan, która aktorsko trzyma bardzo wysoki poziom, a graną przez nią Felicie można śmiało wskazać jako MVP zarówno w filmie, jak i życiu Bernsteina. Odniosłem wrażenie, jakby to bardziej ona zasługiwała na film, zatytułowany „Mistrzyni”. W ciemno obstawiam, że byłby bogatszy w treść oraz życiowe mądrości, które tak bardzo Cooper chciał mieć w swoim filmie. Bez niej nie byłoby tego Maestro Bernsteina, którego świat zna. W skrócie mówiąc film pokazuje wielkość Felicii i głównie złą stronę kompozytora. Założenie raczej było inne.

W skali 1-10, 5 to maksimum ile mogę temu filmowi wystawić. Mimo paru plusów, efekt jest co najwyżej średni i seans nie był przyjemny. Oby nie skończyło się kolejnym wymuszonym wysypem nagród dla Netflixa. Już to widzieliśmy podczas tegorocznego rozdania Oscarów, więc wystarczy.
Sprawdź również inne recenzje po festiwalu EnergaCAMERIMAGE 2023:
[RECENZJA] „Biedne Istoty” – film otwarcia Camerimage 2023
