Kącik Popkultury

Szukaj
Close this search box.

„Apokawixa”. Wypijmy za lepszy czas [RECENZJA]

„Apokawixa” – nowy projekt Xawerego Żuławskiego, reżysera odpowiedzialnego za m.in. mocno polaryzujące widownię „Wojnę polsko-ruską” i „Mowę ptaków” – wzbudzał szerokie zainteresowanie od ogłoszenia projektu. Pierwszym powodem tego stanu rzeczy był, oczywiście, nieco kiczowaty, ale wpadający w ucho tytuł, drugim – gatunek; mówiło się bowiem o „pierwszym polskim filmie o zombie”, trzecim – osoba samego reżysera, który słynie z kina niekonwencjonalnego i niebiorącego żadnych jeńców w często eksperymentalnej konwencji. Przy realizacji „Apokawiksy” Żuławski zebrał więc gromadę obiecujących aktorów młodego pokolenia, wysłał ich nad morze i nakręcił – krocząc szlakami przetartymi przez ostatnie polskie fenomeny gatunkowe, „W lesie dziś nie zaśnie nikt” czy „Wszyscy moi przyjaciele nie żyją” – film czysto rozrywkowy i wybitnie nie na serio, który osadzony został w kontekście szczytu pandemii i pamiętnego lockdownu, wzbogacając całość dodatkowo o rosnące echa ekokrytyki. Czy to miało prawo się udać? Absolutnie – dlatego tym większym tryumfem jest efekt końcowy, „Apokawixa” okazała się bowiem brawurową, bezkompromisową i inteligentną rozrywką, będącą jednocześnie repertuarowym powiewem świeżości w nieco skostniałym gatunku, jakim jest klasyczny zombie movie.

Punkt wyjścia fabuły jest banalny – Kamil, bananowy maturzysta znużony wielomiesięczną kwarantanną (w tej roli świetny Mikołaj Kubacki), zaprasza wszystkich znajomych (Waleria Gorobets, Natalia Pitry, Alicja Wieniawa-Narkiewicz, Mariusz Urbaniec, Monika Mikołajczak i inni) na wyjątkowy, projekt-x-like melanż nad morzem, który ma odbyć się w rodzinnym, zabytkowym pałacu nad Bałtykiem. Impreza ta ma służyć nie tylko jako odetchnięcie ulgi po napisaniu egzaminu dojrzałości, ale i jest sposobem na ponowną integrację z bliskimi, których przez ostatnie miesiące Kamil oglądał tylko za pośrednictwem kamerki internetowej na zajęciach zdalnych. Główny bohater organizuje więc rekordowy budżet na balangę (okrada w tym celu swojego apodyktycznego ojca [Tomasz Kot]) i zleca znajomym zakup ogromu przekąsek i substancji psychoaktywnych, które mają pomóc wszystkim gościom skutecznie oderwać się od pandemicznej rzeczywistości. Wszystko wychodzi jednak spod kontroli, gdy bohaterowie dowiadują się o tajemniczym, sinicopodobnym wirusie rozwijającym się w Bałtyku; wirusie sprawiającym, że wszystkie mające kontakt z zakażoną wodą jednostki ulegają osobliwej przemianie upodabniającej ich do żywych trupów. W walce z nowym zagrożeniem bohaterom pomoże m.in. okoliczny pustelnik, Blitz (Sebastian Fabijański) i komendant okolicznej policji (Cezary Pazura).

Mikołaj Kubacki jako Kamil, główny bohater „Apokawixy”

To, co w filmie rzuca się w oczy od samego początku, to jego zamierzona kiczowatość – kanciaste, różowe logo przywodzące na myśl „GTA: Vice City” wyświetlone na tle warszawskich wieżowców jest do tego idealnym wprowadzeniem. Współgra to zresztą z identyfikacją wizerunkową promocji i przaśnym, przejaskrawionym plakatem, który budzi skojarzenia z kinem straight-to-DVD z początku wieku. I nie jest to skojarzenie dalekie od prawdy – „Apokawixa” konsekwentnie stylizuje się na szalone, budżetowe polskie kino, które mogłoby lecieć na TVNie w dni powszednie po północy. No właśnie: mogłoby, bo takich filmów – mimo nielicznych wyjątków – w naszym kinie zwyczajnie zabrakło. Żuławski uzupełnia tym samym pewną lukę na rynku współczesnych filmów rozrywkowych. Stąd też skojarzenie z wymienionym wyżej chociażby „W lesie dziś nie zaśnie nikt”, filmem, który – podobnie jak film Żuławskiego – oferował coś świeżego poprzez przerobienie utartych, gatunkowych tropów. Lecz w przeciwieństwie do obrazu Kowalskiego, „Apokawixa” ma więcej asów w rękawie, niż tylko ukłon do konkretnego, nieco zaniedbanego przez współczesny repertuar odbiorcy. To obraz przede wszystkim szalenie energiczny, który od początku do końca pozostaje szczery wobec swoich założeń i nie próbuje być niczym więcej, niż jest – co paradoksalnie sprawia, że skrywa o wiele więcej treści, niż mogłoby się z początku wydawać.

A jak ta energiczność zostaje uzyskana? Składa się na to wiele czynników. Po pierwsze – bohaterowie, którym reżyser całkowicie zawierzył, kładąc na ich barkach narracyjną odpowiedzialność. Obsada „Apokawiksy” to osoby z ekranowym obyciem, które w większości nie zaliczyły jeszcze swoich przełomowych ról, grając w mniejszych produkcjach czy ograniczając się do drugiego planu. Żuławski podjął więc spore ryzyko, skupiając lwią część opowieści na ich wzajemnych interakcjach prowadzących do tytułowej wiksy – coś, co w przypadku braku ekranowej chemii mogłoby z łatwością położyć pierwszą część filmu. Na szczęście jednak nic takiego nie ma miejsca – obsada, z Mikołajem Kubackim na czele, ma świetne komediowe wyczucie (a sam Kubacki – świetną manierę przeciągania głosek), a ich prosty rozwój relacji i rzucane jak z rękawa gagi śledzi się z przyjemnością. Każdy bohater jest odpowiednio wyrazisty – nawet, jeśli jego rola ogranicza się do zobrazowania konkretnego archetypu. Dobre zbudowanie postaci błyszczy zwłaszcza w momencie pierwszego zagrożenia – z bohaterami „Apokawixy” może ciężko w pełni sympatyzować, ale przez ich niewymuszoną naturalność i charyzmatyczność bardzo łatwo im kibicować, co w tego typu kinie jest kluczowe do zbudowania zaangażowania widowni.

Cezary Pazura VS zombie-potwór z Bałtyku

Kolejnym czynnikiem dobrze współgrającym z szalonym tempem filmu są sceny akcji i montaż – narracja, zwłaszcza na początku, dosyć często skacze po bohaterach, ale nigdy nie tracimy skupienia na głównym wątku: podróży. Pierwsza połowa „Apokawixy” to bowiem przyjemny, „ziomalski” film drogi, gdzie stopniowo poznajemy całą paczkę podczas ich tułaczki z Warszawy do Gdańska. Akcje z zombie występują nieco później, ale uwierzcie mi, warto na nie czekać – są tak absurdalne i przegięte, że fani gatunku poczują się tu jak w domu. Im bliżej końca, tym więcej tu szaleństwa tytułowa „Apokawixa” nawet na moment nie zwalnia. To szalona rozrywka bez trzymanki, w trakcie której czas trwania mija błyskawicznie, jak na dobrej karuzeli. Ale czy to taki rodzaj dobrej zabawy, gdzie wiecznie pragniemy więcej, czy w pewnym momencie może nas trochę zemdlić od przesytu?

Nie zrozumcie mnie źle, niejednocześnie wasz kark przebiegną dreszcze żenady z powodu konkretnych dialogów czy rozwoju wątków – ale to takie przyjemne dreszcze towarzyszące wspominaniu własnych lat szkolnych, a nie zażenowanie wynikające ze scenariopisarskiej nieudolności. Żuławski dobrze czuje swoją młodą obsadę i zaproponowany przez niego humor ma spory potencjał dotarcia do jak najszerszego grona odbiorców, czego przykładem jest chociażby scena, gdy jeden z bohaterów rapuje… fragment „Pana Tadeusza”. Dużo tu wulgarności, prostego do bólu humoru i aktorskiego szarżowania w jak najlepszym wydaniu, co nie każdemu się spodoba. Wszystko to jest jednak zrobione z odpowiednim smakiem, przez co „Apokawixa” ma sporą szansę przetrwać próbę czasu jako po prostu zabawna, trafna komedia naszych czasów. Humor nie jest tiktokotowy i – jak w przypadku wielu rodzimych komedii romantycznych – nie polega na slapsticku czy przetwarzaniu aktualnie popularnych memów. Wizja Żuławskiego i Krzystofa Bernasia (drugiego scenarzysty) jest o wiele bardziej szalona, przez co też specyficzna, ale na pewno zapadająca w pamięć – „Apokawixa” to czysta, ekranowa frajda nie wykraczająca poza ramy własnego gatunku i film, którego powstawanie z pewnością było świetną zabawą dla wszystkich zaangażowanych; jest to wyczuwalne niemal w każdej minucie seansu. Choć prywatnie nie za bardzo rozumiem zachwyt nad rolą Marty Stalmierskiej (Jagna), która za swój aktorski debiut w „Apokawiksie” i „Johnnym” otrzymała Złotego Lwa za najlepszy debiut na festiwalu w Gdyni. Jeśli ktoś z debiutantów zasłużył na wyróżnienie, to zdecydowanie Monika Mikołajczak za rolę Luizy – archetypicznej, ale sympatycznej drużynowej szarej myszki.

Monika Mikołajczak jako Luiza

A gdy już o aktorach i humorze mowa – nie sposób nie poświęcić z miejsca krótkiego, osobnego akapitu najlepszej filmowej kreacji, czyli postaci Blitza odgrywanej przez Sebastiana Fabijańskiego. Postać ekscentrycznego pustelnika z naruszonymi strunami głosowymi to najlepsze, co przytrafiło się polskiej komedii od dawna – aż ciężko mi uwierzyć, jak często podczas seansu zanosiłem się śmiechem na widok Fabijańskiego, który – zdaje się – oddał tej stosunkowo prosto napisanej roli całe swoje aktorskie serce. Pamiętacie przydługą scenę z „Miasteczka Twin Peaks”, w której James przez 4 minuty śpiewał piosenkę przy akompaniamencie gitary, wprowadzając w zakłopotanie Donnę i wszystkich widzów? To teraz wyobraźcie sobie coś podobnego w wykonaniu groteskowego Fabijańskiego z groźną miną i łamiącym się głosem. Tak, talent wokalny aktora również zostaje tu wykorzystany i odpowiednio w pleciony w tytułową imprezę, a sam Fabijański – poza byciem najbardziej wyrazistym bohaterem z naprawdę sporej, charyzmatycznej obsady – tworzy również udany ekranowy duet z postacią Toli, odgrywanej przez Alicję Wieniawę-Narkiewicz (tak, od tych Wieniawów).

Wreszcie – „Apokawixa” to też dobry komentarz naszych czasów i pandemicznego doświadczenia, które – chciałoby się rzecz, nareszcie! – zostaje w kinowej fabule przedstawione z dużym przymrużeniem oka. Bohaterowie, podobnie jak my, też przeżyli lockdown, przez co od początku łatwiej nam nawiązać z nimi nić porozumienia. Sam zombie wirus może być traktowany jako metaforyczne zobrazowanie któregoś z kolei wariantu COVID-19. Zamiast jednak popaść w refleksję nad społeczną samotnością wynikającą z kwaratanny, co zdaje się w ostatnich latach być najpopularniejszym okołocovidowym toposem, Żuławski proponuje nam nieco inną perspektywę: kreuje bohaterów, którzy pragną ruszyć ze swoim życiem dalej i wypić za lepsze czasy, zostawiając przykre doświadczenie izolacji za plecami. Taki punkt widzenia wydaje mi się społecznie bardzo zasadny i wartościowy, zwłaszcza dla widzów, którym – podobnie jak Kamilowi, Adze, Toli i innym – bezpowrotnie odebrany został spory kawał beztroskiego, nastoletniego życia. Nie zabrakło tu też subtelnego, ale dosadnego akcentu ekokrytycznego – zombie wyszły z wody, w której zanieczyszczenia pojawiły się na skutek masowego wylewania do morza odpadów przez wielomilionowe koncerny. Zjawisko, o którym wszyscy wiemy, ale o którym – jak pokazują informacje ze świata z ostatnich miesięcy – zdecydowanie nie powinniśmy zapomnieć jako aktywni użytkownicy planety. To dwa bardzo mocne wątki jak na film rozrywkowy o zombie i nie sprawiają one, że „Apokawixa” jest moralizatorska, a po prostu – aktualna i spójna ze znaną nam rzeczywistością, co tylko potęguje przyjemność płynącą z seansu.

Sebastian Fabijański jako Blitz – postać, bez której „Apokawixa” z pewnością nie udałaby się tak dobrze

Podsumowując więc – nowy projekt Żuławskiego to nie tylko powiew świeżości z powodu konsekwentnie uzyskanej gatunkowości, ale i świetna komedia, która z powodu obsady, naturalności w dialogach i podprogowych, nienachalnych wartości ma szansę stać się czymś naprawdę ponadczasowym. Chciałbym, żeby ten film został odnaleziony przez przyszłe pokolenia, które uznają go za kolebkę okresu pandemicznego w Polsce – bo, paradoksalnie, nie byłoby to stwierdzenie dalekie od prawdy. Świetna zabawa i czysta, ekranowa rozrywka – dajcie się zaprosić na „Apokawiksę”, a gwarantuję wam, że na pewno tego nie pożałujecie.

Zalety

  • rozrywka w czystym wydaniu – takiego kina gatunkowego w repertuarze brakowało
  • konsekwentna, spójna reżyseria
  • utalentowana obsada spoza mainstreamu (zwłaszcza charyzmatyczny Mikołaj Kubacki)
  • energiczna narracja, która wciąga nawet w scenach, gdy akcja nieco zwalnia
  • wartościowe nawiązanie do pandemii z dystansem i przymrużeniem oka
  • Sebastian Fabijański!
  • wątek ekokrytyczny wzięty żywcem zza naszych okien
  • szalone poczucie humoru…

Wady

  • … które na pewno nie każdemu z widzów przypadnie do gustu
  • fani filmów o zombie mogą być rozczarowani, gdyż ich pojawienie się jest poprzedzone sporą dozą nastoletnich przygotowań do tytułowej wiksy

8/10

 

Zobacz również: Premiery kinowe w październiku 2022

Podobał Ci się artykuł? Udostępnij!

Facebook
Twitter
Pocket
0 0 votes
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

O Autorze

Robert Solski

Robert Solski

Student czwartego roku polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim i eskapista, który tak samo jak filmy pożera książki, a ostatnio też coraz częściej gra – i wirtualnie, i planoszowo. Stara się oglądać jak najwięcej kina niezależnego, usilnie jednak przeszkadza mu w tym słabość do blockbusterów i seriali. Lubi pisać o wszystkim, co go otacza – zwłaszcza o popkulturze.

Kategorie

Rodzaje Wpisów

Najnowsze Wpisy