Kącik Popkultury

Szukaj
Close this search box.

„Diuna” – Herbert vs. Villeneuve

Druga część filmu „Diuna” od dwóch miesięcy wciąż podbija kina, a widzowie z niecierpliwością wyczekują na wieści dotyczące trzeciej odsłony, nad której scenariuszem już pracuje reżyser – Denis Villeneuve. Czekając na zamknięcie trylogii Paula Atrydy na wielkich ekranach, sprawdźmy jak wypadają dwa dotychczasowe filmy w zestawieniu z twórczością autora „Diuny”, którym jest Frank Herbert. Przypomnijmy, że filmy kanadyjskiego reżysera bazowały na pierwszej części serii „Kroniki Diuny”. [Tekst zawiera spoilery!]

Powieść Herberta stanowi wprowadzenie do ogromnego i złożonego świata, w którym polityka i układy są na pierwszym miejscu, przez co obszerna książka jest przepełniona nie samą akcją, ale ogromną ilością opisów. Rozterki wewnętrzne, polityczne szachy, manipulacje religijne czy otaczająca światy natura są w centrum uwagi autora. W tym wszystkim poznajemy historię młodego Paula Atrydy, którego ojciec otrzymuje lenno nad najcenniejszą planetą we wszechświecie – Arrakis. W 2021 roku Denis Villeneuve zaprezentował światu swoją wizję pierwszej części książki Herberta, która spotkała się z bardzo dobrym przyjęciem, choć było słychać wiele głosów, że w filmie jest za mało akcji. Patrząc na to z perspektywy czytelnika trzeba natychmiast odrzucić te zarzuty, ponieważ tak właśnie jest poprowadzona książka. Nie ma długich opisów bitew czy mnóstwa widocznej przemocy. Można za to zarzucić reżyserowi pójście za głosem tłumu i umieszczenie w drugiej części, która premierę miała w 2024 roku, zbyt dużej ilości wybuchów i niepotrzebnych pojedynków.

„Diuna" F. Herbert; wyd. Rebis
„Diuna”, F. Herbert; wyd. Rebis; zdj. Julia Tulo

Liet-Kynes

Pierwszym dużym błędem Villenueve’a było bardzo mocne obcięcie roli Lieta-Kynesa, który został sprowadzony jedynie do roli przewodnika Atrydów po Arrakis. Zmiana płci i wyglądu nie miała żadnego wpływu na charakterystykę postaci, za to największą krzywdę, którą wyrządził reżyser, było pominięcie więzi rodzinnych pomiędzy nią, a Stilgarem i Chani. Herbert w jego postaci dał Chani ojca, a Stilgarowi brata, natomiast w filmie zostało to całkowicie zapomniane, a postać grana przez Sharon Duncan-Brewster pozostała tylko jedną z wielu fremenek zamieszkujących Diunę. Dlaczego był to błąd? W drugiej części Chani jest bardzo bojowo nastawiona do wiary Stilgara i nie boi się stawać przeciwko niemu. Mając w kieszeni kartę, która mówiłaby, że są oni spokrewnieni, wyjaśniała by, dlaczego jej słowa zawsze uchodzą bez konsekwencji, gdy pozostali młodzi fremeni zachowują dystans i szacunek do starszych.

Leto Atryda i Wellington Yueh

W przypadku Leto Atrydy obaj artyści poradzili sobie wyśmienicie! Zarówno książkowy książę, jak i filmowy portret stworzony przez Oscara Isaaca to postać potężna, inteligentna i empatyczna, z którego bije dobro i miłość. Yueh jako doradca i przyjaciel Atrydów również został pokazany bardzo pozytywnie w obu odsłonach, ale w tym przypadku to Villeneuve poradził sobie lepiej z kwestią zdrady. Herbert niepotrzebnie przeciągał cały proces, w którym wychodzi na jaw, że to właśnie lekarz jest odpowiedzialny za pojmanie Leta, przez co napięcie, które było budowane, opada i gdy rozdział dobiega końca, nie czuć już emocji wobec żadnego z nich. W filmie zostało to pokazane szybko i zgrabnie, aktorzy byli w tej scenie sami, dzięki czemu pokazali wszystko to, co było potrzebne, aby poprowadzić swoich bohaterów wprost przed oblicze Harkonnena – bez zbędnych dodatkowych postaci, które mogłyby zahamować rozwój wydarzeń.

Lady Jessica i Alia

W tym przypadku punkt dla Herberta. Jego Lady Jessica to postać poprowadzona bardzo równo, która od treningu syna na Kaladanie przez pobyt w Arrakin aż po pokonanie Imperatora, przez cały czas utrzymuje swoje wartości i zachowuje się jak rasowa księżna. Filmowa kochanka księcia Leto, którą zagrała Rebecca Ferguson, w obu filmach stworzyła dwie różne kreacje. W pierwszej odsłonie widzimy niepewną siebie, lekko wycofaną kobietę, która jest w pełni oddana zakonowi Bene Gesserit, natomiast w drugiej staje się nieprzewidywalna, mocno tajemnicza, z akcentami obłędu w jej zachowaniu co może budzić zdezorientowanie widza. Jednak najbardziej bolesny był fakt, że nie otrzymała w tegorocznej produkcji więcej czasu z Chani. W książce bardzo dobrze opisane jest jaką niechęcią pała do ukochanej syna, ale docenia jej spryt i inteligencję, a nawet uważa, że byłaby ona zdolną Bene Gesserit.

Tutaj również pojawia się wątek Alii, która została praktycznie całkowicie wycięta w wizji Villeneuve. W książce mamy do czynienia z dzieckiem, które swoją inteligencją przeraża wszystkich wokół, co stało się w wyniku przyjęcia przez Jessicę wody stworzyciela, gdy była w ciąży, przez co jej córka stała się dorosłą i świadomą istotą już w łonie matki. Pokazanie małej Alii mogłoby wyglądać dość komicznie na ekranie, chociaż w książce była ona uroczą odskocznią od poważnych politycznych rozgrywek, dlatego rozumiem posunięcie reżysera. Natomiast skrzywdził postać Jessici pozwalając jej, aby odbiegła ona tak bardzo od postaci, którą była w pierwszej części oraz marnując jej czas ekranowy na rozmowy z płodem, zamiast budować jej relację z innymi członkami siczy i ukazać ją jako matkę wielebną, którą stworzył Herbert.

„Kroniki Diuny", F. Herbert; wyd. RebisVilleneuve
„Kroniki Diuny”, F. Herbert; wyd. Rebis; zdj. Julia Tulo

Feyd-Rautha i Vladimir Harkonnen

Ród Harkonnenów bardzo stracił w drugiej odsłonie kinowej, ponieważ o ile w pierwszym filmie Vladimir został pokazany jako bezwzględny morderca, tak w drugiej jego postać kompletnie zmiękła i zniknęła w tle. Tak samo Feyd-Rautha, którego potencjał był ogromny, ale niestety niewykorzystany. W książkach te dwie postacie mają bardzo interesującą relację, której pokazanie przybliżyłoby morderczą naturę Vladimira oraz psychopatyczne zapędy jego bratanka. Manipulacje starego Harkonenna, mające na celu przygotowanie młodego zabójcy na objęcie jego miejsca oraz próby zamachów przygotowane przez Rauthę na swojego wuja, dodałyby tym postaciom charakteru oraz ożywiłyby to, co widzimy w ostatnich scenach w filmie Villeneuve. Natomiast plus dla reżysera, że pozostał wierny stylistyce, którą przygotował dla każdego z rodów i grana przez Austina Butlera postać zamiast wyglądać podobnie do Paula, co u Herberta podkreślało ich pokrewieństwo oraz wpływ Bene Gesserit na tworzenie przez zakon więzi genetycznych, stworzył bladą, łysą postać, podobną do odgrywanego przez Stellana Skarsgarda seniora rodu Harkonennów.

Chani

Postać Chani jest niepełna zarówno u Herberta, jak i Villeneuve. W książkach jej postać jest sprytna i inteligentna, ale również uległa i bez charakteru. Czytając można odnieść wrażenie, że ma się do czynienia nie z młodą zakochaną kobietą, a potem matką, ale z robotem, który czuje tylko to, co maszyna powinna odczuwać w danym momencie. Robi tylko to, czego się od niej oczekuje, boi się okazywania emocji i na każdym kroku wielbi swojego ukochanego niczym Pana. Reżyser natomiast przechylił szalę w drugą stronę, a jego Chani, kreowana przez Zendayę, jest twarda, nie boi się stanąć naprzeciw innym oraz… również nie okazuje żadnych emocji. Na kilka minut, kiedy zdaje się, że naprawdę czuje coś do Paula, przypada kilkadziesiąt minut dezaprobujących spojrzeń, w których można wyczytać, że ma go za oszusta i wariata. Z tym wiąże się również kwestia budowania przeznaczenia w obu światach, ponieważ o ile Herbert podszedł do tematu bardzo prosto i naturalnie, tak Villeneuve stworzył całą ścieżkę przepowiedni, które miały prowadzić do dojścia młodego Atrydy do imperialnego tronu. W wykonaniu reżysera było to mocno przerysowane i schematyczne, czego kulminacją była scena, gdy w jaskini Chani ratuje ukochanego po tym, jak zażywa on wodę stworzyciela. W produkcji z 2024 roku każdy krok Muad’diba był „zapisany”, a postać jego ukochanej została sprowadzona do jego najgłośniejszej przeciwniczki.

Paul Atryda „Muad’dib”

W tej kategorii mamy kolejny remis, ponieważ obaj twórcy wykonali kawał dobrej roboty! Paul jest postacią budującą się nie na zewnątrz, ale wewnątrz, co było dodatkowym wyzwaniem dla Timothée Chalameta, który musiał pokazać te emocje i rozdarcie na ekranie. Jego determinacja, miłość do rodziny i ludzi oraz pragnienie uniknięcia przeznaczenia zostały pięknie ujęte zarówno na ekranie, jak i na kartkach papieru. Jedyne do czego można się przyczepić, to jego ostatnia rozmowa z Chani w drugiej części filmu, gdy nie tłumaczy jej co zamierza zrobić, przez co wybuchowy charakter postaci Zendayi znika na pustyni. Plusem dla książkowego Muad’diba był również wątek z utratą syna, ponieważ on tylko umocnił w czytelniku wrażenie na to, jak obojętnym i nastawionym na polityczną grę zawodnikiem stał się główny bohater.

Podsumowanie

Herbert stworzył przepiękne dzieło oraz zbudował cudowny świat, w którym to słowo, natura i wewnętrzne rozterki są na pierwszym miejscu. Villeneuve poszedł w jego ślady budując pierwszą część, a wspomniane już rozterki oraz wątpliwości bohaterów ubrał w kolory i muzykę, tak aby nie musieli używać słów. Jednak w drugiej części opuścił Herbertowski spokój i poświęcenie metafizycznym wątkom czy politycznym rozgrywkom i skłonił się ku hollywoodzkiej demolce, gdzie nie słowo, ale wybuch i walka mają pierwszeństwo. Przez ten zabieg straciliśmy możliwość zobaczenia niektórych postaci, np. Thufira Hawata, niemowlęcia Leto czy dziecięcego wydania Alii, co akurat nie było dużą stratą, ponieważ nawet w książce te postacie miały marginalny wpływ na przepływ akcji. Jednak co ucierpiało najbardziej w morzu wybuchów i ognia? Rozwój relacji pomiędzy postaciami… straciliśmy możliwość zobaczenia, co tak naprawdę działo się za Harkonneńskimi drzwiami, zgubiliśmy sens postaci Lady Jessici czy otrzymaliśmy kapryśną Chani.

Wizualnie i dźwiękowo Villeneuve stworzył perełkę, również pod kątem oryginału, w postaci filmu „Diuna: część pierwsza”, natomiast druga odrobinę zagubiła się pod głosami krytyków, ponieważ reżyser zapomniał, że Herbert, tak samo jak Paul w walce z Jamisem, uciekał od walk i zachęcał do śledzenia tego co jest pomiędzy słowami i czynami.

Przeczytaj również: Niewidoczni bohaterowie – „Kaskader” [RECENZJA]

Podobał Ci się artykuł? Udostępnij!

Facebook
Twitter
Pocket
0 0 votes
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

O Autorze

Picture of Joanna Tulo

Joanna Tulo

Jestem absolwentką Kulturoznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Wśród moich zainteresowań znajdują się tajniki skrywane przez społeczeństwo, a także antropologia oraz terminy dotyczące szeroko pojętej kultury. Świat popkultury jest bardzo mi bardzo bliski i chętnie rozkładam go na czynniki pierwsze, co zastosowałam w moich pracach naukowych, które zawierały elementy analiz filmowych oraz teatralnych. Swoje umiejętności wykorzystuje w pracy z social mediami, storytellingiem oraz marketingiem. Przez rok mieszkałam w Nowym Jorku, gdzie miałam okazję znaleźć się w kolebce kultury popularnej oraz poznawać teatralne możliwości jakie daje Broadway.

Kategorie

Rodzaje Wpisów

Najnowsze Wpisy