Kącik Popkultury

Szukaj
Close this search box.

Fizyka wypalonego artysty. „Czerwona strzała” [RECENZJA]

Książce Williama Brewera muszę oddać, że od razu wywołała uśmiech na moich ustach, chociaż opowiada o sprawach, które w gruncie rzeczy nie są zabawne. To geneza pisarza, który kiedyś był malarzem, ale w ani jednym, ani drugim nie odnalazł szczęścia. Groteskowym opisom psychiki bohatera pikanterii dodaje wybrzmiewająca w tle tajemnica: zaginął Fizyk, którego biografię miał napisać główny bohater. Czerwona strzała to udane stadium socjopaty i pretensjonalnego artysty, ale niekoniecznie przykład książki życiowej. 

Nie byłem szczęśliwy, nawet gdy czułem szczęście, wiedziałem bowiem, że to tylko iluzja, i że wkrótce musi je zdławić zjawisko, które nazywam Mgłą. Skoro obecnie jestem szczęśliwy, można uznać, że podróż odniosła skutek. 

Pomimo optymistycznego otwarcia, praktycznie cała książka oscyluje wokół Mgły, którą odczytuję jako metaforę depresji narratora. Nie jest to jego jedyny problem natury psychicznej. Mężczyzna ma liczne fobie społeczne, jest prawdopodobnie socjopatą. Cały czas ma wrażenie, że jest obserwowany i obgadywany przez obcych ludzi. Cierpi na wypalenie zawodowe, które w gruncie rzeczy ciężko nazwać zawodowym, bo całe swoje życie pracował wyłącznie artystycznie, a i do tego przejawiał słomiany zapał. Stara się zarobić pieniądze jak najmniejszym nakładem sił. Na rozmowie o pracę jest gotowy przyznać wprost, że oczekiwania pracodawcy znacznie przekraczają jego wyobrażenia. W ten właśnie sposób poznaje swoją przyszłą partnerkę, Annie. Dialogi pomiędzy nimi są atrakcyjne i śledzi się je z nieskrywaną przyjemnością. Niestety, William Brewer często odstawia na bok rozmowy bohaterów i przez kilka stron prowadzi sprawozdanie z dotychczasowego życia narratora. Takie autobiograficzne bloki tekstu są na dłuższą metę męczące, ponieważ ciekawsze były zdarzenia bieżące – tajemnica Fizyka na tak długo zeszła na dalszy plan, że musiałem sobie ją odświeżyć w głowie, gdy wreszcie powróciła. Po dynamicznym i lekkim otwarciu książka sama sobie utrudnia utrzymanie koncentracji czytelnika. 

Z głośników odzywa się nagrany wcześniej komunikat, ale rozumiem z niego tylko słowo „Frecciarossa”, nazwę, która była dla mnie jedynie pustym dźwiękiem aż do zeszłej nocy, kiedy właśnie przysypiałem na łóżku projektu Ulricha – połowa mojego umysłu wciąż przebywała na jawie, ale druga gubiła się już na wczesnym etapie snu bez snów – i usłyszałem, jak ktoś krzyczy: „Czerwona Strzała!”, a fraza ta była tak pozbawiona kontekstu, że zabrzmiała jak przybyłe z międzygwiezdnej pustki zaklęcie, w każdym razie tak ją odebrałem w swoim ówczesnym stanie, gdy pozwalałem zmęczeniu wciągnąć mnie coraz głębiej w sen.

Bloki autobiograficzne nie przyniosły w moim przypadku oczekiwanych skutków, ponieważ ciężko mi było empatyzować z bohaterem. W gruncie rzeczy nieważne o jakich problemach napomknął narrator, nadal uważałem go za pretensjonalnego lenia. Przeskok pomiędzy ekscentrykiem uwikłanym w przypadkową aferę a depresyjnym lekomanem, nie jest płynny. Chociaż przez całe życie główny bohater spadał na cztery łapy, czytamy nagle o „poważnych zaburzeniach depresyjnych ze skłonnościami samobójczymi”. Stwierdzenie bohatera, że „nie zasługuje na życie” wypada trefnie, skoro 50 stron wcześniej napisał „wreszcie jestem szczęśliwy”. Może to ja źle zwizualizowałem sobie portret bohatera i odbieram Mgłę niewystarczająco poważnie, ale jego wahania nastroju były dla mnie frustrujące.

– Kiedy wreszcie zaakceptujesz fakt, że dobre rzeczy po prostu się zdarzają? I tyle?

– Zaakceptuję ten fakt, kiedy zobaczę na to dowody.

Już po przeczytaniu opisu Czerwonej Strzały wiemy, że nieuniknione jest, by w pewnym momencie nasz bohater uzależnił się od środków psychodelicznych. Transy, w które wpada pod ich wpływem i przemyślenia, które im towarzyszą, są napisane z animuszem. Takie wytrącenia z codzienności są polem, na którym William Brewer daje popis swojego pisarskiego kunsztu. Abstrakcyjność wizji wywołuje piorunujące wrażenie i nie da się wówczas odwrócić wzroku od kartki, chociaż amerykański pisarz ma tendencję to pisania baaaardzo długich zdań.

Pewnej nocy coś wyciągnęło mnie z łóżka. Stanąłem na ganku w samych majtkach i sandałach, spojrzałem w nocne niebo, jednocześnie ciemne i rozświetlone, i obserwowałem, jak spada z niego kilkaset wersji mnie samego, a każda miała wokół szyi pętle, powietrze wypełniał zaś upiorny szum rozwijających się, umocowanych gdzieś w odległym niebycie lin, szum coraz głośniejszy, który nareszcie urwał się, zastąpiony ostrym jękiem, gdy liny się napięły, a pętle zacisnęły, łamiąc równocześnie wszystkie moje karki, ja zaś obudziłem się w łóżku w majtkach i sandałach, samotny bardziej niż kiedykolwiek.

Książka wzbudziła mój podziw zwłaszcza w końcówce, kiedy jej forma wykraczała poza przyjęte standardy. Brewer bawił się tabelkami i rysunkami, mocno uatrakcyjniając tym treść, która została skutecznie oddana w tych osobliwych elementach. Na słowa uznania zasługuje również tłumacz Czerwonej Strzały, Jarek Westermark, który słusznie został wymieniony z imienia i nazwiska na okładce książki. Amerykański pisarz często operował encyklopedycznymi formułkami i wyszukanym słownictwem, które w polskim przekładzie oddają swoje znaczenie w stu procentach.

Halucynacje
Źródło zdjęcia: thinkstockphotos.com

O ile uważam wyrażenie „lekkie pióro” za wyświechtany frazes, to żadne inne powiedzenie tak dobrze nie oddaje błyskotliwego stylu Williama Brewera. Jest to autor, który bawi się pisaniem i zabiera czytelnika w artystyczny rajd. Jednak atmosfera tajemnicy nie jest tak gęsta jak Mgła, która spowija życie głównego bohatera. Poboczne intrygi i halucynacje czytało mi się o wiele lepiej niż autobiograficzne bloki narratora. Postacie artystów z problemami natury psychicznej są zawsze w modzie. Czerwona Strzała jest z całą pewnością książką atrakcyjną, ale nie trzyma się swoich największych superlatyw.

Moja ocena: 7/10

Książkę „Czerwona Strzała” Williama Brewera zrecenzowaliśmy we współpracy z Wydawnictwem Czarne, któremu serdecznie dziękujemy za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego. 

Przeczytaj naszą recenzję książki Zsuzsy Banik: „Śmierć przychodzi nawet latem”.

Podobał Ci się artykuł? Udostępnij!

Facebook
Twitter
Pocket
0 0 votes
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

O Autorze

Picture of Kamil Szczygieł

Kamil Szczygieł

Redakcyjny pisarz-kulturoznawca. Czytelnik scenariuszy, człowiek postmodernizmu, fan aktorów drugoplanowych. Zaparzenie dobrej kawy lub herbaty jest dla niego pierwszym krokiem do wejścia w fikcyjny świat. Wszechstronnie zaangażowany w kulturę rozrywkową, współpracował m.in. z CD-Action i Silesia Film.

Kategorie

Rodzaje Wpisów

Najnowsze Wpisy