Miniony, 2024 rok był dla mnie filmowo bardzo udany. Praktycznie w każdym miesiącu znajdowałem jedną lub dwie produkcje, które zatrzymały moją uwagę na dłużej – czy to przez tematykę, czy wyjątkową, zapadającą w pamięć warstwę wizualną. Jest wiele obrazów, które bardzo cenię, lecz ostatecznie nie znalazły się w topce ze względu na sporą konkurencję – co najlepiej obrazuje fakt, że za nami, kinofilami, naprawdę udanych 12 miesięcy. Jednakże to właśnie każdy z opisanych poniżej 10 filmów szczególnie przypadł mi do gustu, najtrwalej zostając w mojej pamięci i nierzadko prowokując do wielu wartościowych refleksji i dyskusji. Wiele z nich to produkcje zabawne, poruszające czy zachwycającą realizacyjnym rozmachem, ale również subtelne i wrażliwe, które nie pozwoliły mi przejść obok nich obojętnie. Bez zbędnych wstępów – zapraszam do lektury.
WAŻNE; Topka jest moim subiektywnym wyborem, który w żadnym stopniu nie odzwierciedla preferencji pozostałych członków redakcji, stąd też zdecydowałem się na jej osobisty podpis. Co do zasady, w zestawieniach TOP 10 najlepszych filmów roku biorę pod uwagę wyłącznie pełnometrażowe produkcje, które w danym roku trafiły na polski rynek za pośrednictwem oficjalnej dystrybucji – czy to kinowej, czy VOD. W wypadku 2024 zmuszony byłem jednak zrobić jeden mały wyjątek, o którym przeczytacie w opisie pozycji nr 6.
TOP 10 najlepszych filmów 2024 roku
10. Strange Darling
Znacie ten rodzaj filmów, które próbują być „cool”? Wiecie, o co chodzi – bezczelnie przedłużanie scen z podniosłą muzyką, zmiany formatu ekranu czy kolorystyki w trakcie seansu, zabawa chronologią (żeby przypadkiem nie umknęło wam, jakie to wszystko sprytne i pełne twistów) czy widowiskowe, ale jednak nieco groteskowe sceny przemocy. Filmy, które całym swoim jestestwem są manifestem jednocześnie ambitnych, choć czasem przaśnych i przywodzących na myśl tanie teledyski (lub tumblra) aspiracji reżysera, pragnącego zaserwować nam jedyną w swoim rodzaju zabawę gatunkową. „Strange Darling” to właśnie taki film – eksperyment, w którym z dużą pieczołowitością realizacyjną przeplata się duża fascynacja filmowym medium. I tak, całość wręcz agresywnie próbuje być „cool”, ale szybko przestaje próbować, bo… no, po prostu taka jest.

Zdradzanie więcej mija się z celem – nawet sam oficjalny zwiastun zachęca, aby z obrazem zapoznać się po prostu w ciemno. Historia doskonale odpowiada na oczekiwania widzów, a duet aktorski w wykonaniu Willi Fitzgerald oraz Kyle’a Gallnera wręcz magnetycznie przykuwa nas do ekranu na te intensywne 96 minuty seansu. W przypadku „Strange Darling” J.T. Mollner stworzył nie tylko jeden z najlepszych thrillerów roku, ale i obraz będący unikatem wśród przedstawicieli kina gatunkowego ostatnich kilku lat. Obecnie film nie jest dostępny w żadnym streamingu, lecz z łatwością znajdziecie go w wypożyczalniach PVOD.
9. Dziki robot / Wild Robot
2024 był bardzo dobrym rokiem dla animacji. Disney osiągnął ogromny sukces ze świetnym sequelem do „W głowie się nie mieści”, świetnie – mimo znacznie gorszych opinii widowni i krytyków – sprzedała się również druga „Vaiana”, a po drodze mieliśmy również całkiem niezłe nowe Minionki, długo wyczekiwaną, czwartą część „Kung Fu Pandy” czy doceniony przez widzów „Transformers: Początek”. Na międzynarodowych festiwalach uznanie zdobywały z kolei również perełki mniejszych studiów, takie jak nowa część „Wallace’a i Gromita” (dostępna co prawda na Netflix już w styczniu 2025), litewski „Flow” (zdobywca Złotego Globu za najlepszą animację minionego roku) czy czekający jeszcze na szerszą dystrybucję „Pamiętnik ślimaka”. Nie biorąc jednak pod uwagę tych ostatnich z racji ich opóźnionej polskiej premiery, muszę uczciwie przyznać, że moje serce z segmentu animacji w minionym roku najbardziej skradł właśnie „Dziki robot” ze stajni DreamWorks. Kino wrażliwe i dojrzałe, będąc jednocześnie przy tym widowiskową, odświeżającą animacją samą w sobie.

W gruncie rzeczy dosyć łatwo wyjaśnić moje uwielbienie do tego filmu. Ja po prostu mam dużą słabość do historii, które opowiadają o najzwyklejszych rzeczach w jak najbardziej niezwykły sposób. Dlatego też paraboliczna historia o robocie, który zmuszony jest porzucić własne oprogramowanie, aby zaadaptować się do nowego, nieznanego otoczenia (stając się, niejako przypadkiem, jego częścią jako niespodziewany rodzic), od początku trafiła w moje gusta. Dodajmy do tego cudowną technikę animacji, urok i humor wynikający z interakcji i rozwoju postaci, i mamy animację niemalże idealną. „Dziki robot” to produkcja, która ma coś do powiedzenia widzowi w każdym wieku, nie zapominając przy tym, że jest przede wszystkim filmem rozrywkowym, od którego najmłodszym ciężko będzie odwrócić wzrok. Tyle i aż tyle. Do obejrzenia w serwisach PVOD.
Moja pełna recenzja: „Dziki robot”. Zaprogramuj się na bliskość [RECENZJA]
8. Challengers
Z dużą uwagą śledzę twórczość Luki Guadagnino. „Tamte dni, tamte noce” czy „Suspiria” to jedne z moich ulubionych filmów ostatnich lat, bardzo cenię sobie również kameralnych „Nienasyconych” czy „Jestem miłością”. Nieco rozminąłem się emocjonalnie z „Do ostatniej kości”, lecz mimo tego film ten nadal zawierał wszystko, co tak lubię u tego reżysera – niepowtarzalną atmosferę, zapadające w pamięć występy aktorskie oraz wielowymiarową, otwartą na interpretacje warstwę znaczeniową. „Challengers” nawet w najmniejszym stopniu nie przypomina żadnej z tych produkcji, a jednak to kolejna perełka w filmografii włoskiego reżysera i seans, którego intensywność została ze mną aż do dziś. Dlaczego?

W sumie ciężko jednoznacznie powiedzieć. Starałem się nieco zrobić to w swojej recenzji (podlinkowanej niżej), ale w dużym skrócie chodzi chyba przede wszystkim o ten magnetyczny i wciągający sposób opowiadania historii, który odkrył przede mną nieznaną dotychczas stronę reżyserii Guadagnino. Nie bez znaczenia są również postaci i ich napędzający całą tę machinę konflikt, elektryzujący soundtrack i pewnego rodzaju adaptacja emocji znanych z rozgrywek sportowych na poczet prostej, ale niebanalnej historii o niedoskonałościach ludzkiej rywalizacji. Angażujący, bardzo oryginalny film, którego tempa może pozazdrościć niejeden thriller. Do obejrzenia na Prime Video.
Moja pełna recenzja: „Challengers”. Skrzyżowanie rakiet tenisowych [RECENZJA]
7. Perfect Days
Fabuła „Perfect Days” jest bardzo umowna. Główny bohater, Hirayama (w tej roli nagrodzony w Cannes Kōji Yakusho), to zamknięty w sobie dozorca, który na co dzień zajmuje się doprowadzeniem do porządku miejskich toalet. Hirayama każdego dnia wstaje rano, wypije ulubionę kawę z automatu (jeśli akurat starczy mu drobnych), jedzie po pracy, zjada lunch na ławce w parku, po czym realizuje swoje hobby, fotografując – zdawałoby się – raz za razem te same drzewa. Po wypłacie wybiera się również czasem na bazar, aby zakupić nową kasetę magnetofonową, której mógłby odsłuchać podczas porannej podróży do pracy. I w zasadzie na tych czynnościach rutyna głównego bohatera zamyka się, a jednak „Perfect Days” – z całym swoim uwielbieniem prozaiczności – to jeden z najbardziej magicznych seansów ubiegłego roku, o którego pojedynczych scenach nadal trudno mi zapomnieć.

Wim Wenders, reżyser, konstruuje swój film z dużą gracją. Każdy codzienny rytuał bohatera to duże wydarzenie, co oczywiście podkreśla nam jedno z głównych przesłań, czyli czerpanie garściami z prostych przyjemności życia – ale nie tylko. Szybko orientujemy się, że rutyna Hirayamy ma w sobie dużą dozę eskapizmu i podszyta jest nigdy niewypowiedzianym cierpieniem. Dlatego też obserwowanie jej przebiegu i, gdzieniegdzie, małych pęknięć na masce uśmiechu, jest tak absorbujące i fascynujące. Oczywiście całość nie byłaby tak magnetyczna, gdyby nie wyjątkowy soundtrack składający się m.in. z kultowych utworów Niny Simone czy Lou Reeda. Do obejrzenia w serwisach PVOD.
6. A Different Man
W swoich zestawieniach filmów roku zawsze staram trzymać się zasady, aby umieszczać w nich wyłącznie filmy, które w ciągu minionych 12 miesięcy dotarły do Polski w ramach oficjalnej dystrybucji kinowej lub VOD. Powód jest prosty – bardzo dużo premier trafia na międzynarodowe rynki z opóźnieniem, a chcę skupić się na obrazach, które w momencie lektury tego tekstu są dostępne do obejrzenia od ręki, czy to na afiszach kin, czy w streamingu. W przypadku „A Different Man” zmuszony byłem jednak zrobić wyjątek. Produkcja Aarona Schimberga co prawda wyświetlana była u nas w ramach ubiegłorocznych Nowych Horyzontów, lecz wciąż nie trafiła do oficjalnej dystrybucji, co wynika bezpośrednio z niezrozumiałych decyzji oficjalnego dystrybutora filmu, A24. Film nawet w USA doczekał się jedynie limitowanych pokazów kinowych, po czym od razu trafił do serwisów PVOD, a jego słabą kampanię w sezonie nagród skomentował nawet sam Sebastian Stan, czyli gwiazda widowiska. Jest to o tyle ironiczne, że przed kilkoma dniami aktor zdobył za swój występ w „A Different Man” statuetkę Złotego Globu, co – jak sugeruje podlinkowany wyżej wpis na portalu X – było przede wszystkim zasługą starań jego i partnerującego mu na ekranie Adama Pearsona, aniżeli wsparcia A24 przy kampanii. Miejmy nadzieję, że za jakiś czas produkcja trafi u nas chociaż do cyfrowych wypożyczalni, ale jeśli to się nie stanie – chcę zwrócić wam na nią uwagę, bo to rewelacyjny film, którego rozczarowująca dystrybucja zdaje się wyraźnie podcinać skrzydła.

Fabuła koncentruje się wokół Edwarda, chorego na neurofibromatozę mężczyzny, któremu trudno pogodzić się z, jak mu się zdaje, dystansującym go od otoczenia wyglądem. Gdy więc zostaje mu zaproponowane eksperymentalne leczenie, Edward bez wahania oddaje się zabiegowi, czując, że nie ma już za bardzo niczego do stracenia. W jakim stopniu naszą tożsamość definiuje wygląd, a w jakim nasze własne przekonanie na jego temat? Czy pozbycie się własnych demonów psychicznych przebiega współmiernie do zmian naszego ciała? Do jakich granic może zostać doprowadzony człowiek, którego obsesja na własnym punkcie zderza się z jednym z największych koszmarów wielu ludzi, czyli spotkaniem, nawet jeśli tylko pozornie, własnego sobowtóra? Reżyser „A Different Man” konstruuje bardzo przenikliwy i błyskotliwy scenariusz, w którym bada wymienione wyżej kwestie i nie tylko na bazie studium charakteru niebanalnego, pełnego wad głównego bohatera. I zdecydowanie warto dać mu się zabrać w tę podróż, bo całościowo mamy tu do czynienia z jednym z najbardziej oryginalnych filmów roku. I choć to w gruncie rzeczy czarna komedia, pozostawia po sobie refleksję większą niż niejeden dramat. Do obejrzenia… na razie nigdzie, chyba, że macie wujka lub ciocię w USA, to wtedy m.in. na Prime Video.
5. Biedne istoty / Poor Things
O „Biednych istotach” najpewniej powiedziano już wszystko. W dużej mierze wynika z faktu, że to jeden z tych filmów, które pierwsze pokazy na świecie odnotowały jeszcze w 2023 („Poor Things” zwyciężyło zresztą konkurs główny MFF w Wenecji, właśnie w 2023), ale do naszej dystrybucji doczłapały się już w styczniu kolejnego roku. I to właśnie wtedy miałem okazję w końcu go obejrzeć, a świetne wrażenie, które wywarł na mnie w tym przypadku Lanthimos, pozostało ze mną cały rok. Liczne sukcesy na międzynarodowych festiwalach, cztery Oscary, garść Złotych Globów i nagród BAFTA wyraźnie pokazują, że branża pokochała tę ekscentryczną, czarną komedię z rewelacyjną Emmą Stone w roli głównej. Pokochałem ją również ja, i nic dziwnego, zważywszy na moją miłość do „Frankensteina” i poczucia humoru greckiego reżysera.

Pod płachtą cudacznej, pochłaniającej wizualnie komedii o Belli Baxter – wskrzeszonej do życia, niedoszłej samobójczyni – reżyser przemycił masę interesujących treści. „Biedne istoty” to kino społeczne, zręczny miks humoru i tragedii, spójna wizualnie baśń feministyczna oraz psychodeliczna satyra na XIX-wieczną literaturę. Emma Stone zasłużenie zdobyła za swoją rolę (drugiego już w karierze) Oscara, lecz partnerujący jej na ekranie Willem Dafoe i Mark Ruffalo również zaliczają zapadające w pamięć występy, uwypuklające przede wszystkim ich świetne wyczucie komediowe. Wszystkim fanom filmu ogromnie polecam literacki oryginał, czyli epistolarną powieść Alasdaira Graya, która dodaje dodatkową warstwę interpretacyjną do całej historii, ale nie zmienia to faktu, że wizja zaproponowana przez Lanthimosa to satysfakcjonujące i spójne wizualnie dzieło, które z przyjemnością umieszczam w swoim zestawieniu najlepszych obrazów minionego roku. Do obejrzenia na Disney+.
Moja pełna recenzja: „Biedne istoty” – recenzja. Rewolucja seksualna oczami potwora Frankensteina
4. Strefa interesów / A Zone of Interest
O „Strefie interesów” bardzo ciężko napisać coś błyskotliwego. Jest to jeden z obrazów tak umiejętnie posługującym się językiem filmu, że wszelkie słowa wydają się zwyczajnie niewystarczające, aby rzetelnie opisać wizję zaplanowaną i wyegzekwowaną na ekranie po mistrzowsku przez Jonathana Glazera. Moje wrażenia po tym seansie najlepiej opisują myśli tuż po opuszczeniu sali kinowej, kiedy zdałem sobie sprawę, że reżyser dokonał czegoś przełomowego – zmienił sposób, w jaki wszelkie media opowiadają o doświadczeniu holokaustu. Przełamał charakterystyczną dla tego typu produkcji narrację, nie zamykając nas w obozowych murach, lecz przenosząc nas do ich bezpośredniego sąsiedztwa. Cały czas czujemy (i słyszymy – dźwięk w tym filmie gra we własnej lidze, mrożąc krew w żyłach), że gdzieś obok nas dochodzi do czegoś złego, ale nie możemy nic z tym zrobić, podczas gdy główni bohaterowie zdają się tego nie zauważać. Lecz czy odwracanie wzroku od jednej z największych tragedii w historii w jakikolwiek sposób niweluje jej społeczny i kulturowy impakt?

Spotkałem się z głosami, że „Strefa interesów” jest nudna, nic się w niej nie dzieje, i że dzieło Glazera – mimo ważnego tematu – zawodzi jako film, bo jest zbyt sterylnie nakręcone, by zatrzymać przy sobie odbiorcę. I choć o pewnych wyborach z pewnością można dyskutować, ciężko mi oprzeć się wrażeniu, że osoby kwitujące niektóre zabiegi „zbędnymi” lub „nic nie wnoszącymi” dają świadectwo słynnego dyskursu śmierci edukacji medialnej. Zdają się być zbyt uczepieni dosłownych odczytań tekstów kultury w znany im sposób, oczekując linearności w dążeniu do prostych konkluzji, nie potrafiąc przy tym dostrzec niczego ponad to – co szczególnie widać, gdy mowa o filmach o tak eksperymentalnej formie, jak właśnie „Strefa interesów”. Mnie wizja Glazera poraziła, przeraziła i przejęła do głębi, stąd zasłużone wysokie miejsce w topce najlepszych filmów minionego roku. Do obejrzenia na MAX.
3. Anora
Sean Baker to jeden z moich ulubionych aktywnych zawodowo reżyserów, którego wszelkie poczynania, podobnie jak Luki Guadagnino, śledzę z wypiekami na twarzy. Jego jedyne w swoim rodzaju spojrzenie na relacje międzyludzkie – zwłaszcza w przypadku osób zepchniętych czy to na społeczny, czy obyczajowy margines – raz za razem owocuje filmami, które odczarowują konwenanse i w nietuzinkowy sposób opowiadają historie, często niewidzianych gołym okiem, osobistych mikro i makrotragedii. „Anora” to kolejny tego przykład – współczesna historia o Kopciuszku wyproszonym z balu to nie tylko obraz kipiący od emocji, ale również rewelacyjny popis aktorski głównej bohaterki, Mikey Madison, która jest moją niekwestionowanie ulubioną rolą obecnego sezonu nagród. Najnowsze dzieło Bakera nie stroni od humoru sytuacyjnego czy improwizowanych scen młodzieńczej beztroski, lecz to przede wszystkim poruszające studium przypadku głównej bohaterki, w którym reżyser co prawda nie oferuje definitywnych odpowiedzi, lecz, jak to już w jego kinie bywa, nie brakuje w nim nadziei na lepsze jutro.
Niezwykle cieszy mnie, że to właśnie w przypadku „Anory” nazwisko Bakera nieco przebija się do mainstreamu, a sam film zdobywa masę nagród, co najpewniej zaowocuje również licznymi nominacjami oscarowymi. Jako jeden z jego najbardziej przystępnych filmów, „Anora” stanowi niejako ukoronowanie dotychczasowej kariery tego twórcy, nie rezygnując przy tym z charakterystycznego dla niego stylu i tematyki. Jednocześnie to jeden z tych filmów, do którego zakończenia raz za razem powracam w myślach, zachwycając się zniuansowanym scenariuszem, który do niego prowadzi. Wielki triumf wrażliwego kina, w tym również narracji kobiecych. Do obejrzenia: chwilowo nigdzie, bo za późno na kino, a za wcześnie na streaming; miejmy nadzieję, że już niedługo się to zmieni.
Moja pełna recenzja: „Anora”. Kopciuszek wyproszony z balu [RECENZJA]
2. Diuna: Część druga / Dune: Part Two
Tak, jestem diuniarzem. Pierwsza „Diuna” była moim ulubionym filmem 2021 roku, stąd nic dziwnego, że druga – jeszcze bardziej widowiskowa, w spektakularny wręcz sposób wyreżyserowana i dopełniająca historię – znajduje się tak wysoko w tym zestawieniu. Druga część losów Paula Atrydy to jeden z tych filmowych projektów, w którym, w moim mniemaniu, udało się niemalże wszystko. Denis Vilenueve doskonale wie, jak nadać swojej historii rozmachu, jednocześnie pozostając w zgodzie z jej dotychczasowym charakterem i wizualnym sznytem. Wie, jak przez cały metraż budować podniosłość, aby w finale przejęła ona władzę nad całą narracją, proponując nam jeden z najbardziej imponujących trzecich aktów wśród wszystkich znanych mi blockbusterów. Ponadto nie boi się eksperymentować, stawiając na wizualny storytelling dzięki takim momentom, jak pamiętna sekwencja na Giedi Prime, planecie Harkonnenów. A wszystko to Vilenueve robi w duchu swojej dotychczasowej twórczości, przecierając granicę między kinem wysokobudżetowym, a artystycznym.
W „Diunie: części drugiej” mamy każdy element składowy udanej historii campbellowskiego „bohatera o tysiącu twarzy”. Paul zostaje wezwany do przygody, przechodzi próby, a wszystko to w dążeniu do zdobycia „wielkiej nagrody” – czyli wyzwolenia planety Arrakis z sideł oprawcy i pomszczenie śmierci swojego ojca. Ale czy na pewno? Czy w świecie Franka Herberta, gdzie wielkie rody kierowane są głównie ambicją, a społeczeństwo fanatyzmem religijnym, jest jeszcze miejsce na figurę bohatera, walczącego bezinteresownie o losy uciśnionych? Czy może każde nasze poczynania motywowane są predestynacją, a nam pozostaje jedynie realizować wolę naszych przodków? Spektakularny, wybitnie zrealizowany film, który przywraca na ekrany kin podniosłość historii fantasy i sci-fi znaną wcześniej jedynie z trylogii o Władcy Pierścieni. Do obejrzenia na MAX, najlepiej na jak największym ekranie z dobrym udźwiękowieniem.
1. W blasku ekranu / I Saw the TV Glow
I dotarliśmy do miejsca pierwszego. „W blasku ekranu” to film, który od pierwszego seansu na Nowych Horyzontach zrobił na mnie piorunujące wrażenie i jedyna w tym roku produkcja, przez którą poczułem się, jakbym na czas trwania metrażu opuścił własne ciało i percepcję. Odpowiedzialni za reżyserię Jane Schoenbrun dokonali czegoś, co jeszcze kiedyś wydawało mi się niemożliwe – stworzyli film będący jednocześnie przejmującym dramatem oraz kojącą ucieczką od rzeczywistości. Dzieło, przez które czujemy melancholijną nostalgię za czymś, czego nigdy nie doświadczyliśmy; tęsknotę za latami młodzieńczymi, nawet, jeśli wprost pokazana jest nam towarzysząca im ślepota na faktyczny wymiar rzeczy. Wszystko to w formie prostej historii o nastolatkach, których życie drastycznie zmienia się w momencie, gdy ich ulubiony serial telewizyjny zostaje anulowany. Niby głupota, ale w odpowiednim wieku może jawić nam się jako mały koniec świata – zwłaszcza, gdy dzieje bohaterów na srebrnym ekranie obchodzą nas do tego stopnia, że utożsamiamy z nimi własne dojrzewanie, w tym rozwój tożsamości płciowej.
Wielu internautów postrzega „I Saw the TV Glow” głównie pod kątem metafory queerowej, i jest to jak najbardziej zasadne. Chciałbym jednak zaznaczyć, że w przypadku różnych wrażliwości – w tym i mojej – film ten może okazać się czymś znacznie, znacznie więcej. Oniryczne zdjęcia i nastrojowa ścieżka dźwiękowa nadają całości miejscami charakter fever dreamu, historia głównego bohatera Owena porusza do głębi brutalnym zobrazowaniem procesu transgresji w dorosłe życie, a losy jego przyjaciółki, Maddy, zmuszają nas do refleksji nad tym, jak cienka granica przebiega między naszym faktycznym życiem, a tym wyśnionym za pośrednictwem popkultury. Drugi seans jeszcze bardziej utwierdził mnie w przekonaniu, że mam do czynienia z arcydziełem, który w jednej chwili sprawia wrażenie kojącego filmu dla nastolatków, a w następnej – przerażającego horroru kwestionującego nasze poczucie rzeczywistości. Absolutna perełka na wielu płaszczyznach. Film do obejrzenia w serwisach PVOD.
Podsumowanie
Spoglądając na powyższą listę i wspominając wszystkie opisane seanse, odnoszę wrażenie, że 2024 upłynął mi przede wszystkim pod hasłem kina gatunkowego i eksperymentalnego (miejsca 1, 4 i 10), ale również, o dziwo, komediowego (miejsca 6, 5 i 3). Nie są to jednak tradycyjne komedie (które na ekranach kinowych zdaje się, że nieco wymarły), lecz interesujące mieszanki. Coraz więcej twórców nie boi się w swoich produkcjach sięgać po humor, w tym również camp, który użyty odpowiednio potrafi podbić warstwę dramatyczną – poza „Biednymi istotami”, „A Different Man” czy „Anorą” mieliśmy w tym roku również świetną „Substancję” czy „Prawdziwy ból”. Jednocześnie 2024 udowadnia również, że dobrze zrealizowane historie o herosach, na przykładzie drugiej „Diuny”, zawsze się obronią, podobnie jak animacje stawiające na pierwszym miejscu przede wszystkim morał i wizualną rozrywkę (vide „Dziki robot”). Pozostaje mieć nadzieję, że trwający, 2025 rok zapewni mi tyle samo (lub więcej) kinowych zachwytów, co 2024.


[…] bardzo uważnie, a wspomniane „Challengers” znalazło się bardzo wysoko na mojej osobistej liście najlepszych filmów minionego roku. Co prawda w Polsce trochę nam przyjdzie na „Queer” jeszcze poczekać – oficjalna premiera […]