Kącik Popkultury

Szukaj
Close this search box.

Harrison Ford może spokojnie zdjąć kapelusz. „Indiana Jones i artefakt przeznaczenia” [RECENZJA]

Piraci z Karaibów, Gwiezdne wojny, Władca Pierścieni i Indiana Jones. To właśnie dzięki tym seriom filmowym zaczęła się moja miłość do kina. Za sprawą tych produkcji poczułem, że dzięki filmom mogę się przenieść w innych świat. Kino akcji czy przygodowe ma za zadanie odciągnąć nas od tego, co normalne. Indiana Jones to zdecydowanie jeden z najbardziej kultowych postaci w historii kina. Dodatkowym atutem jest fakt, że w jego rolę wcielał się nieskazitelny Harrison Ford. Dlatego czekałem na premierę piątej części przygód o nieszablonowym archeologu z dość dużą niecierpliwością. Dostałem dokładnie to, czego oczekiwałem, czyli godne zakończenie przygód jednego z moich ulubionych bohaterów z dzieciństwa. 

Osiemdziesięcioletni Harrison Ford dalej w formie

Dużo spekulowało się na temat tego czy sędziwy już Harrison da sobie kondycyjnie radę w filmie, w którym cały czas trzeba biegać. Na ekranie wypadło to świetnie, Artefakt przeznaczenia ma bardzo szybkie tempo akcji. Bohaterowie cały czas są w ruchu, praktycznie nie ma nudnych, monotonnych momentów. Każdy się zastanawia, jak człowiek w takim wieku sobie z tym poradził. Oczywiście wiele scen, chociażby początkowa sekwencja, zostały zrealizowane za pomocą efektów specjalnych. Nie mniej jednak mnie nie do końca interesują kulisy realizowania takich scen. Liczy się dla mnie to, co dostałem na ekranie. To, co oglądałem przez dwie i pół godziny było dla mnie rewelacyjnym kinem akcji. Harrison Ford również korzystał bardzo często z masek oraz różnych charakteryzacji na twarzy. Właśnie dzięki temu dostaliśmy solidny efekt w postaci gotowego do kolejnej przygody archeologa. Magia ekranu na tym polega, żeby oszukać widza, a nie żeby odzwierciedlać wszystko w skali 1:1. Zwłaszcza w kinie przygodowym. Dlatego staję w obronie Harrisona Forda i uważam, że zaprezentował się świetnie w ostatniej części przygód o Indianie Jonesie. To naprawdę godne pożegnanie z serią!

Fot. Harrison Ford jako Indiana Jones

Indiana Jones to definicja kina przygodowego

Większość z nas na myśl o kinie przygodowym od razu sięga do głowy po serię o Indianie. Artefakt przeznaczenia nadal podtrzymuje tę tezę. Początkowa wojenna sekwencja w pociągu, morskie pościgi, ucieczki przez wąskie ulice egipskich miast, spacery z pochodnią po ciemnych katakumbach lub strzelanina pomiędzy poszukiwaczami skarbu to prawdziwe kino przygodowe. Dostajemy także wątek historyczny samego pierwszego „lotu” w kosmos, który został akurat trochę za bardzo spłycony w filmie, jednak mam poczucie, że James Mangold jako reżyser i tak stanął na wysokości zadania. Tak jak w poprzednich częściach „wyścig z czasem” odbywa się pomiędzy Indianą a nazistami. Chociaż w tej części ten przywołany „wyścig z czasem” zyskuję zupełnie innego znaczenia. Odnosząc się do wcześniejszych filmów z serii, jedynie czego faktycznie trochę zabrakło w Artefakcie przeznaczenia to większej ilości humoru. Jednak bardzo dynamicznie prowadzona akcja umiejętnie to przygasiła. Pomimo, że w filmie przejawią się już znane schematy, czasami wręcz możemy odgadnąć, co się wydarzy w następnej scenie, to podczas całego seansu nie ma czasu na nudę.

Harrison Ford jako Indiana Jones bez skazy, ale co z resztą obsady?

Na temat głównego bohatera napisałem więcej we wcześniejszym akapicie. W piątej części dostaliśmy nowych bohaterów, ale pojawiły się także te z poprzednich części. Największe show zdecydowanie skradła Phoebe Waller-Bridge, znana m.in z serialu Fleabag. Angielska aktorka oraz wybitna scenarzystka idealnie wkomponowała się taki rodzaj filmu. Jej bohaterka – Helena jest porywcza, pewna siebie, cwana, inteligenta, a co najważniejsze Phoebe czuje się w tej roli wyśmienicie. Tworzy świetny duet razem z Harrisonem, ich sprzeczki o to, kto ma rację albo o historyczne fakty to złoto. Zdecydowanie ta dwójka napędza całą fabułę filmu. Momentami można nawet odnieść wrażenie, że to Helena jest pierwszoplanową postacią.

Fot. Harrison Ford jako Indiana oraz Phoebe Waller-Bridge jako Helena

Gorzej niestety wypada Mads Mikkelsen jako nazistowski Dr Voller. O kunszcie aktorskim Duńczyka chyba nie muszę się rozpisywać. Natomiast trzeba się zapytać twórców, dlaczego nie wykorzystali właśnie tego potencjału. Postać Dr Vollera, która wzorowana jest na osobie Wernhera von Brauna, została trochę potraktowana zbyt powierzchownie. Charakter, który został zainspirowany jednym z największych naukowców w historii naszej planety, nie może być kolejnym antagonistą dla tytułowego bohatera. Człowiek, który był odpowiedzialny za „lot” Amerykanów na księżyc, jeden z największych naukowców III Rzeszy, powinien być największym przeciwnikiem Indiany z całej serii. To jest jeden z moich największych zarzutów, ponieważ tak jak większość naszego globu uwielbiam Madsa. Więc żałuję, że poza świetnie pasującym nazistowskim czarnym skórzanym mundurem, nic więcej w jego wydaniu nie zobaczyliśmy. Szkoda!

Fot. Mads Mikkelsen jako nazistowski Dr Voller

Indiana Jones 5 to nie tylko „wyścig z czasem”

Fabuła swoją drogą. Dla mnie ostatnia część przygód Indiana Jonesa to nie tylko zamknięcie serii filmowej. To opowieść o starości, która dopada każdego. Harrison pięknie oddał problem swojej postaci, ponieważ prawdopodobnie przechodzi to samo w swoim życiu. Nie cieszy go współczesny przepych, gonitwa za sławą czy pieniędzmi. Starszy człowiek szuka spokoju i miejsca, w którym w ciszy będzie mógł spędzić resztę swojego życia, robiąc to, co kocha. Końcówka filmu zdecydowanie do takiej refleksji nas zmusza. Być może taki był zamysł twórców, że nawet jeśli w całej produkcji są niedociągnięcia, a są, chociażby wątek Dr Vollera. Pomimo to żyjemy tym, co wydarzyło się na sam koniec filmu i z tym obrazkiem w głowie zostajemy po seansie. Dla mnie jak najbardziej się to sprawdziło.

Artefakt przeznaczenia to solidne zakończenie przygód Indiany Jonesa

Dla fanów serii to pozycja obowiązkowa. Natomiast dla pozostałych to bardzo dobra pozycja na swobodny przygodowy seans. Kino zupełnie wyważone, dające nam masę rozrywki, dynamicznej akcji, ale także poruszające wątek przemijania i starości. Nie jest to najlepszy film, jednak zasługuje na docenienie. Seria o Indianie jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych na całym świecie, a z tym wiąże się ogromna presja nakładana na twórców i aktorów. Jak na najwyższy poziom oczekiwań, cały zespół produkcyjny sobie poradził i pozwolił honorowo Harrisonowi Fordowi zdjąć kapelusz i odłożyć swój pejcz na zawsze. Mam nadzieję, że tą recenzją zachęciłem Was do obejrzenia, ponieważ naprawdę warto! Solidne 7/10. 

Plusy filmu

  • Solidny Harrison Ford
  • Świetna Phoebe Waller-Bridge jako Helena
  • Dynamiczna akcja
  • Ciekawy pomysł na fabułę
  • Godne pożegnanie Indiego
  • Klimat kina przygodowego

Minusy filmu

  • Niewykorzystany potencjał fabuły
  • Zmarnowany potencjał Dr Vollera Madsa Mikkelsena
  • Brak większej dawki humoru
  • Kilka niedociągnięć efektów wizualnych
  • Brak większej uwagi na postacie z poprzednich części

Przeczytaj również o amerykańskim filmie kręconym w Rzeszowie.

Podobał Ci się artykuł? Udostępnij!

Facebook
Twitter
Pocket
5 1 vote
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
1 Komentarz
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
trackback
11 miesięcy temu

[…] Przeczytaj także Harrison Ford może spokojnie zdjąć kapelusz. „Indiana Jones i artefakt przeznaczenia” [RECENZ… […]

O Autorze

Picture of Dawid Micał

Dawid Micał

Młody żurnalista z Rzeszowa. Redaktor naczelny studenckiego magazynu Nowy Akapit. Uwielbia oglądać postmodernistyczne, fantastyczne oraz polskie kino. Natomiast jego ulubione uniwersum to Star Wars. Interesuje się filmoznawstwem, czytaniem biografii oraz historią. W wolnej chwili lubi oglądać każdy sport. Dlatego tworzy podcast „Rozmowy Na Pół Gwizdka”, który możecie znaleźć na Spotify.

Kategorie

Rodzaje Wpisów

Najnowsze Wpisy