Kącik Popkultury

Szukaj
Close this search box.

„Zadzwoń do Saula” – sezon 6, odcinek 12 [RECENZJA]. Odkupienie VS destrukcja

Uwaga! Recenzja spoilerowa. Tekst zawiera spoilery z seriali „Better Call Saul” oraz „Breaking Bad”.

12 odcinek „Better Call Saul” kontynuuje charakterystyczną dla sezonu 6B narrację, w ramach której naprzemiennie śledzimy zdarzenia z różnych okresów w życiu głównego bohatera. Czerń i biel notorycznie miesza się z kolorem, a wszystko to wiąże się, oczywiście, z nadchodzącym finałem, przed którym stoi zadanie nie tylko dokończenie historii Jimmy’ego McGilla, lecz również domknięcie całościowego serialowego uniwersum „Breaking Bad”. „Waterworks” stawia ku temu mocne podwaliny – odcinek popycha główną fabułę do przodu, lecz służy również jako pewnego rodzaju doskonała chwila wytchnienia przed definitywnym zakończeniem, skupioną wokół losów innej niż Goodman postaci, która na jakiś czas była nieobecna na ekranach. Przedostatnia godzina w świecie „Zadzwoń do Saula” pełna jest sentymentu i straconych szans – pierwszy w historii serialu odcinek w całości napisany i wyreżyserowany przez Vince’a Gilligana daje nam przykry wgląd w życie zżeranej poczuciem winy Kim, która po rozstaniu z Jimmym i zrezygnowaniu z prawniczej kariery przeniosła się na Florydę. Gilligan rzuca nowe światło nie tylko na jej relację z Saulem w linii czasowej „Breaking Bad”, ale i dostarcza kontekstu do enigmatycznej rozmowy telefonicznej, którą para odbyła w odcinku poprzednim. Wszystko to łączy się w osobie Gene’a, coraz śmielej posuwającego się w swoich ryzykownych przekrętach. McGill ewidentnie zmierza do samodestrukcji, ale czy dążąca do odkupienia Kim ma jeszcze szansę na konsolację i odzyskanie dawnej siebie?

„Waterworks” otwiera retrospekcja (względem timeline’u Gene’a) w kolorze, w której Jimmy – jako Saul – szykuje się do rozpoczęcia kolejnego dnia pracy. Jak codziennie, w lobby czeka okazała kolejka opryszków, Saul jednak nie zważa na to i – trzymając w ręki tajemnicze dokumenty – bawi się piłką, raz za raz odbijając ją od ściany. W pewnym momencie piłka uderza w jeden z „filarów sprawiedliwości” w rogu gabinetu. Okazuje się on być tanim rekwizytem i pod wpływem impetu łatwo osuwa się ku ziemi. Po tym symbolicznym zdarzeniu Saul nakazuje Francesce, aby „wpuściła ją do środka”. Ją, czyli – jak dowiemy się niedługo później – Kim, która przybyła do Albuquerque w celu podpisania wraz z McGillem papierów rozwodowych. Ta symboliczna scena dobrze nakreśla nam świat stworzony przez bohatera – przaśne imperium przepychu, które przy bliższym kontakcie okazuje się być wykonane z metaforycznego kartonu; świat, w którym nie ma miejsca na faktyczną sprawiedliwość, a jedynie na pozerstwo i widowisko; świat, za którego kurtyną skrył się Jimmy, pozostając cieniem dawnego siebie – obiecującego prawnika mającego w interesie dobro swoich klientów. To właśnie do tego świata przybywa Kim, która jawi się nie tylko jako dawna miłość McGilla, ale i uosobienie jego dawnego „ja”. I szybko orientuje się, że w rzeczywistości Saula Goodmana już dawno nie ma dla niej miejsca.

Scena otwierająca „Waterworks”.

A gdy już o Kim mowa – „Waterworks” w końcu daje nam odpowiedź na pytanie, które spijało sen z powiek fanów „Better Call Saul” od samego początku emisji serialu. Mianowicie: jest nam dane zobaczyć, co działo się z bohaterką w trakcie trwania akcji „Breaking Bad” i po jej zakończeniu. Rzeczywistość zżeranej poczuciem winy Wexler nie rysuje się w kolorowych barwach – Kim zafarbowała włosy, przeprowadziła się na Florydę i zmieniła profesję na ciepłą biurową posadkę, która w żadnym stopniu nie dorównuje jej kompetencjom. Beznamiętnie współżyje ze swoim partnerem, po czym układa jednokolorowe puzzle. Nie jest w stanie podjąć żadnej istotnej decyzji, a sensacją dnia jest fakt, ze w przyrządzeniu sałatki z tuńczykiem zastąpiła majonez tańszym zamiennikiem. W tę smutną rzeczywistość – po sześciu latach nieobecności – wkracza Jimmy; zgodnie z przypuszczeniami widzimy rozmowę telefoniczną między tą dwójką z 11 odcinka z perspektywy Kim, wyjaśnia się tym samym gwałtowna reakcja Gene’a, który po zakończeniu połączenia agresywnie uderzał słuchawką o aparat. Kim – wytrącona z równowagi zachowaniem poszukiwanego McGilla, dzwoniącego do jej miejsca pracy jak gdyby nigdy nic, narażając tym samym ich obu na niebezpieczeństwo – poleca Gene’owi oddać się w ręce policji, po czym mówi mu dobitne, łamiące serce zdanie: „cieszę się, że nadal żyjesz”. To bardzo nieoczywista emocjonalnie scena, która przez przekonujące aktorstwo Rhei Seehorn mocno ściska za gardło; widzimy bowiem, że mimo upływu tak długiego czasu Kim wciąż zależy na Saulu, który bezpowrotnie zboczył z prawej ścieżki i wyparł ze świadomości wydarzenia z pamiętnej nocy, gdy ich życie na zawsze się zmieniło. Kim o nich nie zapomniała, co widzimy w dalszej części odcinka, gdy postanawia skonfrontować się ze swoją przeszłością i przyjechać do Albuquerque.

W trakcie trwania akcji „Waterworks” Kim odwiedza więc Albuquerque dwukrotnie – raz aby na dobre rozwieść się z Jimmym (w linii czasowej „Breaking Bad”) i kolejny raz, aby po połączeniu z Gene’em wyznać swoje winy wdowie po Howardzie, Cheryl. W obu tych przypadkach tak dobrze znane jej miasto, gdzie rozwijała swoją prawniczą karierę jest dla niej obce; staje się nieprzyjazną przestrzenią, w której Wexler czuje się nieswojo i którą pragnie jak najszybciej opuścić. Rhea Seehorn to najjaśniejszy punkt odcinka – gdy dochodzi do jej załamania nerwowego w autobusie powrotnym, ciężko nie rozkleić się razem z bohaterką – bohaterką, która od początku serialu przeszła tak długą drogę i w chwili obecnej prowadzi nijaką, pozbawioną dawnej ikry egzystencję. Widać, że Kim tęskni za swoim dawnym życiem – ale z drugiej strony, czy będzie chciała je odzyskać, skoro doprowadziło ją do takiego losu? Może właśnie odcięcie się jak najgrubszą kreską od życia w Albuquerque to jej jedyna szansa na ruszenie dalej? Oczywiście zakładając, ze – tak jak wyznała w rozmowie z Cheryl – faktycznie nie zostanie wszczęte w jej sprawie postępowanie. Jedno jest pewne: czarno-białe życie Kim udowadnia tragizm zżeranej sumieniem jednostki, którą może spotkać los gorszy, niż śmierć. Vince Gilligian za pomocą krótkich, obrazowych scen (jak życie łóżkowe Kim na Florydzie czy jej wspomniana wcześniej niedecyzyjność) doskonale zarysował przygnębiający los bohaterki nie mogącej uporać się z własnymi demonami. Koniec końców Kim wyznaje jednak swoje winy, w pełni świadoma potencjalnych konsekwencji – czy więc wizja zadośćuczynienia jest dla niej realna?

Rhea Seehorn jako Kim Wexler, która stała się wrakiem samej siebie.

Podczas gdy Kim dąży do odkupienia, Gene coraz śmielej zbliża się do destrukcji. Bohater – po włamaniu do chorego na raka czterdziestoparolatka z zamiarem przeprowadzenia kradzieży tożsamości – szybko żałuje swojej decyzji, gdy obrany za cel przekrętu osobnik budzi się, umożliwiając tym samym Gene’owi bezszelestną ucieczkę z miejsca zdarzenia. Aby tylko nie zostać przyłapanym, Gene gotowy jest zaatakować mężczyznę urną, ogłuszając go od tyłu – bohaterowi już dawno zniknęły wszelkie moralne hamulce i to, czy kogoś bezpowrotnie skrzywdzi, co w tej sekwencji zostaje dobitnie uwydatnione. W międzyczasie Jeff czeka na swojego „szefa” na zewnątrz z włączonym silnikiem. Gene ostatecznie wydostaje się z domu niezauważony, Jeff jednak – któremu pod wpływem stresu puszczają nerwy – doprowadza do kolizji, uderzając w samochody na parkingu. Wpada tym samym w ręce policji, podczas gdy Gene wraca do mieszkania i sączy drinka, zadowolony z tego, że już po raz któryś w swoim życiu sprytnie oszukał przeznaczenie i wykaraskał się z niemożliwego. Reżyseria Gilligana nadaje tym scenom dużo suspensu i sporo skojarzeń z takimi filmami jak „Fargo”, gdzie kryminalne porachunki często przeplatane są humorem postaci. Tak też jest tutaj – sytuacja z Jeffem to klasyczny przykład czarnej komedii, którą Gilligan – jak wiemy – posługuje się bardzo dobrze.

Gene’owi ponownie wszystko uszło na sucho, jako widzowie wiemy jednak, że taki stan rzeczy nie może trwać wiecznie – zwłaszcza, że bohater widocznie i z odcinka na odcinek coraz bardziej traci kontrolę. Bezduszność Gene’a zostaje zestawiona ze wspomnianym wcześniej, mającym miejsce kilka lat wstecz spotkaniem z Kim, podczas którego Saul podpisuje dokumenty rozwodowe bez mrugnięcia okiem i perfidnie ignoruje obecność Wexler, maskując tym samym wszelkie uczucia, jakie przejawiał podczas oczekiwania na jej przybycie w pierwszych minutach odcinka. Saul Goodman to osobowość wyrachowana i pozbawiona sentymentów – nikomu nie daje dojść do słowa, a wszelkie konwersacje kwituje durnym żartem lub obelżywym komentarzem w stronę Francesci. To właśnie ten Saul, który tak rozkochał w sobie fanów „Breaking Bad” – przez zmianę kontekstu nie budzi on już jednak sympatii, a odrazę. Niesamowite, jak „Better Call Saul” zdołało na przestrzeni sześciu sezonów nadać tej postaci jedynej w swoim rodzaju głębi.

Gene oglądający słynną reklamę, którą nagrał za czasów Saula Goodmana.

Bob Odenkirk również odwala w „Waterworks” świetną aktorską robotę, zwłaszcza w końcowej scenie z Carol Burnett, gdzie orientuje się z ironii własnego życia; zaczynał jako odnoszący sukcesy prawnik specjalizujący się w prawie seniorów (co zresztą – za sprawą ugody Sandpiper – stało się zaczątkiem jego bogactwa), a teraz – wiele lat później – grozi niewinnej staruszce, która go zdemaskowała. Dla Jimmy’ego/Saula/Gene’a nie ma już ratunku – dosłownie stawia czoła własnej przeszłości (co świetnie podkreślono wizualnie poprzez kolorową reklamę odbijającą się w okularach postaci) i coraz bardziej zatraca samego siebie, przez co nieuchronnie zbliża się do samodestrukcji. 12 odcinek 6 sezonu doskonale zawiązuje akcję przed wielkim finałem – wraz z powrotem Kim na planszy są już rozstawione wszystkie niezbędne pionki, a w fabule nie ma już żadnych luk. Jeśli miałbym przyczepić się do jednej jedynie rzeczy, to nie jestem dużym fanem sceny, w której Kim rozmawia z Jesse’em – padają tam bardzo ważne słowa podsumowujące jej relację z Jimmym, ale przez widoczny upływ czasu Aaron Paul jako Jesse wypada średnio przekonująco, a całość – nieco wytrąca z immersji. Te kilka minut przypominają bardziej fanserwis, niż niezbędną dla postępu fabuły rozmowę – mimo to dostrzegam ich ważność dla całej historii i jestem w stanie twórcom to wybaczyć, zwłaszcza, że widownia raczej w większości przyjęła ją entuzjastycznie.

Wielki finał uniwersum Gilligana to wielka niewiadoma – nie mam bladego pojęcia, jak ta historia się domknie i – jak wszyscy fani – z niecierpliwością oczekuję wtorku. Jestem przekonany, że twórcy pokuszą się na kilka niekonwencjonalnych rozwiązań, aby zakończenie wywołało równie dużo emocji, co domknięcie „Breaking Bad”. Choć spodziewam się, że na tym etapie – gdy „Zadzwoń do Saula!” jest serialem o wiele bogatszym w treść – może on ostatecznie podkreślić swoją pozycję jako jeszcze lepsza produkcja, która w przyszłości stanie się niemniej od swojego poprzednika kultowa.

Ocena odcinka 6×12: 10/10

Zobacz również recenzje poprzednich odcinków:

„Zadzwoń do Saula!” – sezon 6, odcinek 8 [RECENZJA]. Koniec pewnej epoki

„Zadzwoń do Saula!” – sezon 6, odcinek 9 [RECENZJA].  Gorzki smak zemsty

„Zadzwoń do Saula!” – sezon 6, odcinki 10 i 11 [RECENZJA]. Wiele odcieni szarości

oraz moje przewidywania o finałowym sezonie: „Zadzwoń do Saula!” – co czeka nas w finałowych odcinkach serialu?

Podobał Ci się artykuł? Udostępnij!

Facebook
Twitter
Pocket
0 0 votes
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

O Autorze

Robert Solski

Robert Solski

Student czwartego roku polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim i eskapista, który tak samo jak filmy pożera książki, a ostatnio też coraz częściej gra – i wirtualnie, i planoszowo. Stara się oglądać jak najwięcej kina niezależnego, usilnie jednak przeszkadza mu w tym słabość do blockbusterów i seriali. Lubi pisać o wszystkim, co go otacza – zwłaszcza o popkulturze.

Kategorie

Rodzaje Wpisów

Najnowsze Wpisy