Kącik Popkultury

Szukaj
Close this search box.

„Zadzwoń do Saula” – sezon 6, odcinek 13. S’all Gone [RECENZJA i OMÓWIENIE]

Uwaga! Omówienie spoilerowe. Tekst zawiera spoilery z seriali „Better Call Saul” oraz „Breaking Bad”.

„Better Call Saul” dobiegło końca. 13 odcinek 6 sezonu zatytułowany „Saul Gone” zakończył (na ten moment) czternastoletnią „sagę Albuquerque” Vince’a Gilligana i Petera Goulda, którą w 2008 rozpoczęła emisja premierowego odcinka „Breaking Bad”. Był to jednocześnie 63 odcinek serialowej opowieści skoncentrowanej na Jimmym McGillu, którego przez ponad dekadę odgrywał na małym ekranie niezastąpiony Bob Odenkirk. Opowieści, która – początkowo zapowiedziana jako komediowy spin-off do „Breaking Bad” – urosła przez siedem lat do rangi jednego z najlepiej ocenianych seriali dramatycznych w historii, zdaniem wielu fanów przebijając swojego kultowego już poprzednika. Teraz, gdy po emisji finałowego odcinka opadł pierwszy kurz, postanowiłem przyjrzeć się „Saul Gone” nieco bliżej. Zakończył on bowiem nie tylko cały serial, ale przede wszystkim szósty – najbardziej szalony z dotychczasowych – sezon; sezon, który jako całość można bez cienia wątpliwości nazwać jedną z najstaranniej złożonych historii telewizyjnych ostatnich lat. Co więc moim zdaniem sprawia, że scenariusz „Saul Gone” trafi w przyszłości do podręczników scenariopisarstwa jako flagowy przykład udanej konkluzji wieloletniej historii, która oddaje należytą sprawiedliwość swoim bohaterom? Przede wszystkim: przywiązanie do detali. W finałowym odcinku serialu Peter Gould nie tylko znakomicie czerpie ze świata zarówno „Breaking Bad” i „Better Call Saul”, wplątując w narrację czasu teraźniejszego wielowymiarowe retrospekcje, które dopełniają charakterystyki ważnych bohaterów, ale i satysfakcjonująco domyka wszystkie wątki, jakie serial poruszył na przestrzeni swojej siedmioletniej emisji. Jimmy McGill i Saul Goodman może i znikają z ekranów, ale ich historia nie zostanie prędko zapomniana.

Odcinek otwiera retrospekcja, w której przenosimy się do rzeczywistości znanej z „Bagman” – ósmego odcinka piątego sezonu. Obserwujemy przemierzających pustynię i konających z sił Jimmy’ego i Mike’a, którzy próbują przetrwać w trudnych warunkach pogodowych, dźwigając jednocześnie milion dolarów przeznaczonych na kaucję Lalo Salamanci. Po znalezieniu cysterny z wodą, bohaterowie postanawiają chwilę odpocząć i ucinają sobie krótką pogawędkę. Jimmy pyta Mike’a, co zmieniłby w swoim życiu, gdyby miał do dyspozycji wehikuł czasu. Ehrmantraut – bez głębszego zastanowienia – wymienia datę morderstwa swojego syna, po czym poprawia się i zwierza, że gdyby mógł zaniechać jakiemuś zdarzeniu z przeszłości, byłby to moment, kiedy przyjął swoją pierwszą łapówkę. Za pomocą tego krótkiego dialogu twórcy nie tylko oddają hołd całości postaci Mike’a – mężczyzny, który podobnie jak Walt i Jimmy zszedł na złą drogę, co w efekcie kuli śnieżnej doprowadziło do jego tragicznej śmierci – lecz również uwypuklają przemianę Jimmy’ego, który bez mrugnięcia okiem przyznaje, że gdyby mógł przenieść się w czasie, wykorzystałby to, aby za pomocą oszustwa poprawić swoją sytuację materialną. To oczywista zasłona dymna – Jimmy nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że mógłby faktycznie zmienić coś w swoim burzliwym życiu; od razu przełącza się na tryb Saula, którego synapsy nastawione są wyłącznie na zysk. Co więcej – nie jest tym samym fair w stosunku do Mike’a, który w przyjacielski sposób wyjawia mu coś, co faktycznie leży mu na sercu. Pierwsza scena doskonale spełnia swoją rolę wprowadzenia nas do finałowego odcinka, w którym – na długo po wydarzeniach z „Bagman” – niemoralna pogoń za pieniądzem przez McGilla stała się źródłem jego niechybnej klęski.

Schwytany Saul Goodman

W chwili teraźniejszej, po zawiadomieniu władz przez Marion, zdaje się, że Gene tym razem nie ma szans wywinąć się z rąk policji. I owszem, nie udaje mu się – bohater zostaje zaaresztowany już w trakcie pierwszych dziesięciu minut „Saul Gone”. Można by sobie pomyśleć – to o czym w takim razie będzie pozostała godzina tego 70 minutowego odcinka (najdłuższego z całej serii), skoro protagonista już na samym początku trafi za kratki? I tutaj właśnie ujawnia się pisarski sznyt scenarzystów, którzy starannie zadbali o to, aby finał nie przebiegał tak, jak można by sobie początkowo wyobrazić. Początek jest dosyć prosty – zgodnie z teoriami fanów, Jimmy nawiązuje kontakt ze swoim byłym kolegą po fachu, Billym Oaklym, który – ewidentnie zainspirowany sukcesem Saula, czego dowiedzieliśmy się już w rozmowie z Francescą w 6×11, „Breaking Bad” – rozpoczął solową praktykę prawniczą. McGill przekonuje Oakleya, aby został jego obrońcą, obiecując mu cuda wianki; Oakley, jak to Oakley, nie poddaje sprawy głębszej refleksji i przystaje na tę propozycję, zaczarowany perspektywą sławy, jaką przyniesie mu współpraca z najbardziej poszukiwanym przestępcą w tej części Stanów. Jimmy nie ma już nic do stracenia; gdy w areszcie przysługuje mu prawo do telefonu, nawet nie ma do kogo zadzwonić (poza Oakleyem), postanawia więc zawiadomić o swojej nieobecności szefostwo w Cinnabon. Koresponduje to z podobną sceną w wykonaniu Gusa, który po obrażeniach spowodowanych konfrontacją z Lalo pierwsze co zadzwonił do pracownika Los Pollos Hermanos, Lyle’a, aby przekazać mu tymczasowo obowiązki menadżerskie. W przypadku Gusa chodziło jednak o jego wyrachowany profesjonalizm, a w przypadku Jimmy’ego – o samotność postaci, która straciła wszystkich bliskich kosztem własnego egoizmu.

Jego zły uczynki nie zostały jednak wymazane w momencie aresztowania; kryminalna przeszłość zawsze nas prędzej czy później dopadnie – i w „Saul Gone” uosobieniem tego jest nieoczekiwane pojawienie się jednej z głównych bohaterek „Breaking Bad”, Marie Schrader (odgrywanej ponownie przez Betsy Brandt). Twórcy za pomocą tego niespodziewanego cameo po raz pierwszy odnieśli się na ekranie do szokujących wydarzeń z „Ozymandias” – przez wielu uważanego za najlepszy odcinek „Breaking Bad” – w którym zginął jeden z głównych bohaterów, Hank, pracujący w DEA szwagier Walta. Śmierć Hanka została w końcowych odcinkach BB nieco przyćmiona przez konieczność domknięcia historii Pinkmana i White’a i teraz – prawie dziewięć lat później – Peter Gould powraca do niej, nadając jej należyty fabularny wydźwięk. Tym wydźwiękiem jest monolog Marie, która w rozmowie z Jimmym uzmysławia mu na własnym przykładzie konsekwencje ich nielegalnych aktywności – niczemu niewinni Hank i Gomez ponieśli brutalną śmierć z rąk nieuchwytnych nazistów, po czym zostali zakopani na pustyni, co uniemożliwiło ich rodzinie nawet przeprowadzenie godnego pogrzebu. Jimmy kpi sobie jednak z oskarżeń Marie, zarysowując narrację, w której jest on równie ofiarą manipulacji Walta, jak ona i zmarły mąż. Reprezentowany przez Oakleya zaczyna opracowywać własną wersję minionych wydarzeń, w których przedstawia sam siebie jako ofiarę zastraszenia przez Waltera White’a. Opowiada na sądowym przesłuchaniu o porwaniu na pustynię (które dwa odcinki temu zostało nam przedstawione z jego perspektywy) i zaznacza, że wszelkie jego dalsze poczynania jako skorumpowanego prawnika dyktowane były pistoletem, który Walter trzymał przy jego skroni. Jimmy’emu – jako czarodziejowi retoryki i naczelnemu bajkopisarzowi – udaje się skleić przekonującą historię; historię mogącą znacznie zmniejszyć jego potencjalny wyrok. Bohater nawet na moment nie ustępuje już z persony Goodmana, powie wszystko, aby tylko ratować własny tyłek; zwłaszcza, że wszyscy potencjalni świadkowie jego współpracy z Waltem już dawno nie żyją (z Waltem włącznie). Jimmy zdaje się pozbawiony wszelkich ludzkich odruchów, co nie jest niespodzianką po poprzednich odcinkach, w których niemal dopuścił się napaści na niewinnej ofierze własnych przekrętów. „You did it all for money” – mówi mu z niedowierzaniem Marie, nawiązując do otwierającej odcinek retrospekcji. Czy jednak umiłowanie do rzeczy materialnych to jedyny klucz, pod jakim powinniśmy rozpatrywać motywacje głównego bohatera? Oczywiście, że nie; „Better Call Saul” przyzwyczaiło nas już dawno, że wszystko ma dużo odcieni szarości. Co prowadzi nas do kolejnej, kluczowej retrospekcji.

Bryan Cranston jako Walter White w „Saul Gone”

Po „kolorowej” wizycie u Mike’a, w drugiej retrospekcji odcinka przenosimy się do linii czasowej końcowych odcinków „Breaking Bad”. Zastajemy tu zabunkrowanych Jimmy’ego i Waltera, którzy ukrywają się przed organami ścigania w oczekiwaniu na nadanie im nowych tożsamości, dzięki czemu będą mogli bezpiecznie zbiec z Albuquerque. Ta scena to zdecydowanie jeden z najjaśniejszych punktów całego odcinka i wisienka na torcie finału. Konstrukcja jest podobna, jak wcześniej – Jimmy pyta znerwicowanego odgłosem tykającej rury Waltera, co zrobiłby, gdyby miał do dyspozycji wehikuł czasu. Walter – jak to Walter – jest rozsierdzony „bezsensownym konstruktem”, jakim jest dla niego podróż w czasie, którą nazywa naukową niemożliwością, w końcu jednak niepewnie przyznaje, że gdyby mógłby coś zmienić w swoim życiu, byłoby to kontynuowanie współpracy z Elliotem i Gretchen, którzy po skończeniu studiów założyli własną działalność – działalność, która wiele lat później urosła do rangi sporego sukcesu. Nie trudno się domyślić, że Walter w tej scenie nie jest szczery – zwłaszcza, że na krótko przed odpowiedzią na pytanie Jimmy’ego spogląda odruchowo na zegarek, który jakiś czas temu podarował mu Jesse. Jak wiemy z „Feliny”, White czerpał z przestępczego życia sporą satysfakcję – trudno więc uwierzyć w słowa, że bez mrugnięcia okiem wymazałby tę część swojego życia. Największą wskazówką jest zerknięcie na zegarek – prawdopodobnie jedynym, czego żałuje Walt, to wciągnięcie w narkotykowy biznes Jesse’ego, który w tamtym momencie był pozbawionym na pastwę losu więźniem psychopatycznego Todda. Jimmy, ponownie, również nie udziela szczerej odpowiedzi – wymija się, mówiąc, ze gdyby mógł za pomocą wehikułu czasu coś uratować, byłyby to jego kolana, które bezpowrotnie ucierpiały po młodzieńczych przekrętach. Główni bohaterowie „Breaking Bad” i „Better Call Saul” prowadzą tym samym wobec siebie grę; grę złudzeń, w ramach której oboje pozują na inne osoby, niż są w rzeczywistości. Bryan Cranston wchodzi w skórę Waltera naturalnie i przekonująco – ciężko odczuć, że ostatnio robił to aż dziewięć lat temu, ponieważ starszy już aktor doskonale ujmuje charakter uwielbianej przez fanów postaci. W dodatku w przeciwieństwie do, moim zdaniem, nieco zbędnego cameo Jesse’ego w „Waterworks”, pojawienie się White’a w wielkim finale doskonale dopełnia character arc obu bohaterów; zwłaszcza, że Walter – jako prowodyr większości działalności przestępczej w ostatnich latach w Albuquerque – jest w „Saul Gone” często wspominany.

Im bliżej końca odcinka, tym więcej zapadających w pamięć scen – zwłaszcza, gdy na ekran powraca Kim. Po wyznaniu win Cheryl, Kim wraca do swojego życia na Florydzie, decyduje się jednak wprowadzić w nim zmiany; dołącza jako wolontariuszka do kancelarii oferującą bezpłatną pomoc prawną. Dzięki temu Wexler powraca do ukochanego zawodu i tego, co zawsze pociągało ją najbardziej – walki o sprawiedliwość dla tych, którzy nie mogą sobie pozwolić na najdroższych prawników. Bohaterka postąpiła już tak wcześniej, gdy objęła lukratywną posadę w Mesa Verde i mimo tego pracowała po godzinach pro bono. Widać, ze przyjazd do Albuquerque i oczyszczenie sumienia zadziałało na nią kojąco; spokój ten szybko zostaje jednak zakłócony, gdy dowiaduje się o trwającym postępowaniu wobec schwytanego Jimmy’ego. Losy bohaterów krzyżują się po raz pierwszy od wielu lat, gdy Kim przybywa na przesłuchanie, w którym Jimmy – nieoczekiwanie – po raz pierwszy w serialu decyduje się na pełne wyzwanie wiary.

I to właśnie ta scena – scena, w której McGill po raz ostatni zabiera głos przed publicznością, używając swojego charakterystycznego, „goodmanowskiego” sznytu – to najmocniejsza scena w całym „Saul Gone” i jedna z najbardziej zapadających w pamięć scen, jakie rozgrywały się w tym roku na małym ekranie. Bob Odenkirk – dający aktorski popis niczym Peter Dinklage w słynnej scenie procesu w czwartym sezonie „Gry o tron” – odwraca ofiarną narrację, która miała zapewnić mu zmniejszony wyrok i przyznaje sobie należytą rolę w karierze przestępczej Walta, której pomógł nabrać wiatru w żagle. Saul przyznaje, że dostrzegł w sytuacji Waltera świetną okazję do zarobku, z której bezczelnie skorzystał, a współpraca przyniosła im obopólne korzyści. Wspomina również zmarłego brata Chucka, którego samobójstwo wypierał i od trzech sezonów niezdrowo przepracowywał, między innymi niszcząc reputację Howarda. „I tried, but I should tried harder” – mówi bohater, idealnie podsumowując rozwój postaci McGilla przez całe „Better Call Saul”; bohatera, który był niezwykle utalentowanym prawnikiem, ale przez chęć udowodnienia swojej wartości otoczeniu i własny materializm od małego schodził na złą drogę, krzywdząc wszystkich dookoła. Co ważne – Jimmy’emu zależy, aby jego wyznanie usłyszała Kim, dlatego pod fałszywym pretekstem ściąga ją na salę sądową. Para bohaterów, mimo burzliwych kilku lat rozłąki i łączących traumatycznych wydarzeń, wciąż żywi do siebie intensywne uczucia, co nieoczekiwanie zarysowuje „Zadzwoń do Saula!” jako złożoną i pełną wzlotów i upadków… historię miłosną. Patrząc na całokształt serialu, nie jest to niespodzianka – lecz łatwo było o tym zapomnieć z powodu zmiany narracyjnej, którą w końcowych odcinkach spowodowały liczne skoki czasowe. Jakiś czas temu wszyscy zastanawialiśmy się, co stanie się z Kim – a odpowiedź była od początku na wyciągnięcie ręki; Kim nigdy w pełni nie zniknęła z życia Jimmy’ego (który po ognistej przemowie powraca do swojego oryginalnego nazwiska, w końcu uznając je jako własne), ponieważ łącząca ich historia była dla obojga zbyt wiążąca.

Jimmy McGill podczas swojej mowy końcowej

Zanim przejdziemy do konkluzji, czeka nas finalna retrospekcja: spotkanie Jimmy’ego z Chuckiem, które odbywa się na krótko przed pierwszym odcinkiem „Better Call Saul”. Dawno niewidziany na ekranie Chuck – będący w życiu młodszego McGilla w sezonach 1-3 pewnego rodzaju antagonistą – jawi się jako wyobcowany, ale opiekuńczy starszy brat, który docenia pomoc Jimmy’ego i chętnie zamieniłby z nim przyjacielskie dwa słowa. Lecz Jimmy – z góry zakładając, że historie o jego klientach nie będą dla Chucka interesujące i izolując się od potencjalnego moralizatorstwa – zbywa starszego McGilla, pozostawiając go samego sobie i obiecując dostawę świeżej prasy następnego dnia. Zanim kamera opuści rzeczywistość retrospekcji, widzimy, że Chuck w tym czasie czytał… „Wehikuł czasu” Herberta George’a Wellsa. To symboliczne ujęcie książki wyraźnie sugeruje nam, co – jeśli dane – zmieniłby w swoim życiu Jimmy, który najbardziej żałuje kierunku, w jakim potoczyła się jego relacja z Chuckiem. Jego starszy brat nie był idealny i, jak wiemy od Howarda, sabotował prawniczą karierę Jimmy’ego – ale wiemy, że koniec końców to on jako pierwszy dostrzegł tendencje Jimmy’ego do stawania na przekór z prawem i mimo tego, nieustannie próbował wyciągnąć go na prostą. „There is no shame in changing your path”, mówi Chuck do Jimmy’ego, którego początki prawnicze są wyboiste i zniechęcające. „When have you ever changed your path?”, odpowiada Jimmy, co pokazuje, że jedną z motywacji Jimmy’ego była od początku chęć zaimponowania swojemu bratu – bratu, którego podziwiał – i udowodnienie mu, że mylił się co do niego. Co wydarzyło się później – niestety, wszyscy wiemy. Ostatni, krótki występ Michaela McKeana był w finale „Zadzwoń do Saula!” niezbędny, aby dopełnić charakterystyki głównego bohatera i jego szarą, nieoczywistą kreację. Cieszę się, że twórcy o tym nie zapomnieli. Można by w to wszystko wcisnąć jeszcze jakąś znaczącą retrospekcję z Howardem – zważywszy na rolę, jaką jego postać ostatecznie odegrała w życiu Jimmy’ego i Kim – ale to zrozumiałe, że w finale nie mogło znaleźć się wszystko i scenarzyści musieli dokonać pewnej selekcji. Sceny z Mike’em, Waltem i Chuckiem to bez wątpienia najlepsze możliwe retrospekcje, jakie mogliśmy otrzymać – nie tylko ze względu na swoją fabularną funkcję pogłębienia postaci McGilla, ale i przez to, że są doskonałym hołdem dla tych ważnych dla obu seriali bohaterów.

Koniec końców Jimmy’ego spotyka bardzo słodko-gorzki los: jak można było się spodziewać, ląduje w więzieniu do końca swoich dni (brawurowo odrzucając ofertę zaledwie siedmiu lat, którą otrzymał zgrywając ofiarę okoliczności), ale przynajmniej nie jest samotny; przez emocjonalne uzewnętrznienie jego relacja z Kim ma szansę odbudować się na nowo, nawet jeżeli tylko w krótkich chwilach sporadycznych odwiedzin. W więzieniu Jimmy ma w końcu szansę w pełni być sobą, co widzimy w krótkim montażu, gdy – jak wcześniej jako Gene w Cinnabon – oddaje się wypiekom; „saulowskie” cwaniactwo też pewnie niejednokrotnie okaże się przydatne. Całość kończy przepiękne ujęcie palących razem Jimmy’ego i Kim, które koresponduje (również dźwiękowo) z ich pierwszym spotkaniem w pilotażowym odcinku „Better Call Saul”. I mimo że świat nadal jest czarno biały, to na ten krótki moment celę rozświetla jasny, żywoczerwony ogień zapalniczki między dwójką głównych bohaterów. To i oczywiście kultowy gest palcowych pistoletów, które wystrzelone zostają po raz ostatni.

Rhea Seehorn jako Kim, której udało się odzyskać dawną siebie

„Better Call Saul” to serial wyjątkowy – serial, który mimo zakończenia będzie miał długie życie w pamięci widzów i z pewnością będzie dla wielu przyszłych twórców nieocenioną inspiracją. Finałowy odcinek to wzór, jak powinno się kończyć historię – poza wyczekiwaną konkluzją dużo tutaj umiłowania do świata i bohaterów, które to towarzyszyły nam przez wiele lat, przez co zasłużyły na godne, telewizyjne pożegnanie. „Breaking Bad” przetarło szlaki, ale – mimo wybitności serialu Gilligana – to właśnie w „Better Call Saul” moim zdaniem twórcy osiągnęli najwyższą twórczą dojrzałość, dzięki której to historia Jimmy’ego McGilla to historia kompletna i bez żadnych skaz, a sama kreacja bohatera – złożona, cudownie nieoczywista i grająca na emocjach. Walterze White – chyba pora oddać koronę.

 

Ocena odcinka 6×13: 10/10

Ocena całej serii: 10/10

 

Zobacz również moje recenzje poprzednich odcinków:

„Zadzwoń do Saula!” – sezon 6, odcinek 8 [RECENZJA]. Koniec pewnej epoki

„Zadzwoń do Saula!” – sezon 6, odcinek 9 [RECENZJA].  Gorzki smak zemsty

„Zadzwoń do Saula!” – sezon 6, odcinki 10 i 11 [RECENZJA]. Wiele odcieni szarości

„Zadzwoń do Saula” – sezon 6, odcinek 12 [RECENZJA]. Odkupienie VS destrukcja 

Podobał Ci się artykuł? Udostępnij!

Facebook
Twitter
Pocket
0 0 votes
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

O Autorze

Robert Solski

Robert Solski

Student czwartego roku polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim i eskapista, który tak samo jak filmy pożera książki, a ostatnio też coraz częściej gra – i wirtualnie, i planoszowo. Stara się oglądać jak najwięcej kina niezależnego, usilnie jednak przeszkadza mu w tym słabość do blockbusterów i seriali. Lubi pisać o wszystkim, co go otacza – zwłaszcza o popkulturze.

Kategorie

Rodzaje Wpisów

Najnowsze Wpisy